czwartek, 14 maja 2015

Połknęłam bakcyla

Z całego rzędu cukierek, lekarstw, tabletek i wielu innych rzeczy do połknięcia, ja akurat wybrałam bakcyla. Bakcyla poligloty. Jak ktoś raz go połknie, to rozpowszechnianie się zarażenia po całym organizmie jest nieodwracalne. Przypuszczam, że objawy się przeżywa do końca życia. Bakcyl ten jest takim upartym łobuzem, którego nie można się pozbyć z łatwością, lecz z którym należy się nauczyć żyć.

Skąd możemy się dowiedzieć, że naraziliśmy się poliglotyzmem?

* Pierwszym znakiem poliglotyzmu jest całkowita utrata poczucia czasu. Gdy zdarzy nam się wypowiedzieć zdania typu „Nie wiem, co zrobiłem cały dzień, bo tak szybko to zleciało. Ale chyba byłem produktywny, bo mój niemiecki stał się płynniejszy.”

* Gdy czujemy się niekomfortowo pod koniec dnia, w którym nie otworzyliśmy żadnej książki. Jest to niepomylna wskazówka uzależnienia pierwszego stopnia. Nazewnictwo objawu wskazuje na stopniową naturę rozwoju uzależnienia. Doradzam zwracać szczególną uwagę na ukształcenie tej niedoległości.

* Jak ktoś nas zapyta ile czasu zajęłoby przeciętnemu człowiekowi nauczyć się chińskiego, powiemy coś typu „sory, do wieczora nie zdążę” to najwyższy czas dać sobie sprawę ze zmiany stanu umysłu.

* Nie jesteśmy w stanie interpretować pytania „po co się uczyć języków innych niż angielski, skoro cały świat już zna angielski?”. Uwaga! W tej fazie poliglotyzmu, już stworzyliśmy sobie nowy świat zdominowany przez czasy gramatyczne, dlatego też sprawia nam kłopot wyobrazić sobie inny, w którym owe pytanie ma prawo bytu.

* W skrajnych przypadkach, gdy mamy możliwość nawiązać kontakt z rodowitymi mówcami uczonego przez nas języka, zamiast zmagania się barierami komunikacyjnymi, przeżywamy euforię i z wielkim entuzjazmem narzucimy się na upatrzonych ofiarach.

* Gdy słyszymy rozmowę prowadzaną w obcym języku w naszym pobliżu, czujemy nieugaszone żądanie wypytywania się osób rozmawiających między sobą. W zależności od stopnia znajomości danego języka, mogą pojawić się poniższe symptomy: pocenie dłoni, przyspieszone bicie serca, rozszerzenie źrenic, oraz w krytycznym momencie tak zwana „biegunka ust” gdy ostatecznie dojdzie do interakcji z wyżej wymienionymi jednostkami.

Mimo tego, że powyższy opis wyimaginowanej choroby może się wydawać przesadzonym, nie mija się on całkowicie z rzeczywistością. W następującej części demonstruję każdy objaw osobno.

Utrata poczucia czasu jest zjawiskiem dobrze znanym przez każdego, który zajmuje się czymś, w co wkłada swoje całe serce. To zapał, entuzjazm, ciekawość, pragnienie i pasja które nas zachęcają do nieustannego rozwijania. Nauka wchłania nas i rzeczywiście potrafimy skupiać się na danych zagadnieniach tak mocno, że zapomniemy wysiąść z autobusu. Spoko. Jak wysiądziemy dwa przystanki dalej i musimy przejść, to przynajmniej możemy kontynuować naukę. Nie tracimy czasu. Dwa przystanki to dodatkowe 52 zdania do powtórzenia.

Czuję się niewygodnie wieczorem gdy zdaję sobie sprawę z tego, że nie zrobiłam wyznaczonego na dany dzień ćwiczenia. Nie mam poczucia winy, to jest coś innego. Brakuje mi informacji. Jestem spragniona nowej informacji. Mam silne poczucie braku. Zaczęłam się staczać na dno uzależnienia.

Na pytanie o nauce chińskiego nie podałabym skrajnej odpowiedzi typu „do wieczora nie zdążę”. Zauważyłam u siebie jednak pewną tendencję: powoli uwierzę, że nie ma zbyt trudnych języków! Każdego języka można się nauczyć. Zależy zaledwie od zaangażowania. Gdy mój narzeczony w wolnej chwili słucha programów w języku japońskim, podczas gdy ja starannie szlifuję swój hiszpański, czasami kojarzę słowa z tych programów. W taki sposób zacierają się powoli granice między tym co możliwe a tym co niemożliwe.

Dawno temu zdałam sobie sprawę z tego, iż znajomość języka angielskiego nie wystarczy. Argument „przecież wszędzie można się dogadywać po angielsku” to mit, który z łatwością możemy obalać gdy pojedziemy do dowolnej miejscowości mniejszej od stolicy dowolnego kraju. Na przykład pewnego dnia w Hiszpanii nie udało mi się porozumiewać po angielsku z właścicielem schroniska. Zapytałam „do you have any free rooms?” („czy mają Państwo wolny pokój?”) młody Hiszpan spojrzał na mnie z wybałuszonymi oczyma i wstydliwie przyznał się, że nie mają pokojów za darmo...

Język hiszpański mnie ściga. Dziś praktycznie na każdym rogu możemy napotkać hiszpańskojęzyczną osobę. Całe szczęście! Uwielbiam uczyć się hiszpańskiego i skorzystam z możliwości kontaktowania się z native’ami. Wtedy rozkoszuję się ich przepiękną wymową i wyolbrzymionymi gestami.

Zjawisko wymienione jako ostatnie na powyższej liście występuje z większą frekwencją u mojego narzeczonego, ale ja też zaczynam wykazywać charakterystyczne symptomy... Niedawno siedzieliśmy w McDonald’s (jak to się odmienia w pisemnym polskim?) i nagle usłyszałam fragment rozmowy prowadzonej przez parę przy stole obok. Nie zdołam rozszyfrować w jakim języku oni mówią, a jednocześnie nie potrafiłam skupiać się na tym, co zaczęłam robić (wsuwać frytki). Na szczęście zanim na nich się narzuciłam, wrócił mój miły i mnie oświecił, iż owa para dyskutowała po hebrajsku.


Połknęłam bakcyla. Z całą potężną siłą dotarło to do mnie właśnie w „Maku”. McDonald's, który jest mało romantyczny jak do tak wielkiego doznania, ale który dobrze symbolizuje globalizację. Oficjalnie... Nie znam granic.

środa, 6 maja 2015

Cud nad Wisłą

Moi Drodzy, nie jest przypadkiem, iż Polaków zwano „bratankami” Węgrów. Byli oni razem nie tylko świadkami, lecz sprawcami prawdziwych cudów. Jedna z powszechnie znanych historii jest związana z bitwą warszawską, podczas której Węgrzy udzielili pomocy Polsce dostarczając jej zaopatrzenie wojskowe. Częściowo dzięki tejże niespodziewanej amunicji, bitwa skończyła się odrzuceniem sił bolszewickich. Nasza wspólna historia to temat rzeka pełen cudów i w dzisiejszym wpisie właśnie podobne cuda relacjonuję.

Jestem cudzoziemcą, zawsze urzeka mnie coś nowego tu w Polsce. Jak byłam na Erasmusie, zwykłam podróżować po całym kraju z moją koleżanką z Węgier. Pojechaliśmy do Krakowa, Gdańska, Sandomierza, Kazimierza Dolnego i do wielu innych miast. Wiedziałam, że Wisła przepływa Kraków, Warszawę i Gdańsk, ale nie spodziewałam tego, że niemal w każdym mieście Ją zobaczę. Wtedy sobie obiecałam, że zwiedzę każdą miejscowość, którą przepływa Wisła. Ostatnio byliśmy w Ustroniu, zapytałam koleżankę, jaka rzeka tam płynie. Odpowiedź: Wisła. Naiwne pytanie od emigrantki-nowicjuszki, ale przypomniało mi obietnicę, którą złożyłam sześć lat temu.

Niedawno miałam przyjemność pojechać do Krakowa razem z mężczyzną, który wywołuje we mnie podziw i za którego codziennie wyrażam swoją wdzięczność Bogu. (Mówię o Marlonie.) Pojechaliśmy do Krakowa aby organizować warsztat polskojęzyczny o metodach uczenia się języków obcych. Kto inny mógłby bardziej autentycznie opowiadać o tym niż sami poligloci, którzy każdą chwilę wykorzystują, aby nauczyć się kilku nowych zwrotów w egzotycznym języku? Prelegentami byli Konrad Jerzak vel Dobosz (o jego cudownej książce możecie czytać we wcześniejszym wpisie), Bartek Janiczak, niezwykle utalentowany 18-letni poliglota, oraz Marlon Couto Ribeiro, który potrafi potajemnie uczyć się nowego języka przez miesiące nie mówiąc o tym ani słowa nikomu (a po trzech miesiącach wyskoczyć z jakimś zdaniem po khmersku, typu „pochodzę z Brazylii i idę na targowisko kupić papayę”).

Krakowski warsztat był udany. Prąd Wisły przyniosło wielu chętnych i dostaliśmy dużo pozytywnych informacji zwrotnych od nich. Przybyło kilku cudzoziemców ładających biegle po polsku. Większość uczestników zaś pochodziła z Polski, ale z różnych rejonów – cała rodzina przyjechała aż z Przemyśla! Niezwykle się cieszymy, że informacja o warsztacie dotarła aż do tego dalekiego miasta. Dla nas to jest cud: warsztat językowy dopiero raczkuje, ale czujemy, że idziemy właściwą drogą.

Organizujemy warsztaty, ponieważ naszym celem jest dotrzeć do jak najwięcej osób potrzebujących pomocy, porady w nauce języków obcych. Nasze założenie (i obserwacja) polega na tym, że wielu ludzi jest zmuszonych do nauki języków, podano im zadania (tj. opanowanie języka jako cel wyznaczony przez kadrę nauczycieli/rząd/szefa/pracodawcę itd.), ale zostaną bez środków do jego wykonania. Niestety, większość z nas nie nauczy się tego w szkole, jak się uczyć i jak się uczyć skutecznie. My jesteśmy tutaj i działamy po to, aby dać Wam te środki i czynić cuda.

Wasza Wisła przepływa liczne miasta tu w Polsce, między innymi Kraków. Jej prądem pragniemy teraz dopłynąć do kolejnej stacji, do Warszawy. Pod koniec tego miesiąca organizujemy warsztat w Waszej (naszej) stolicy. Zapraszamy Was serdecznie na warsztat w dniach 23 i 24 maja na ulicę Kopernika 30. Wiedzą, doświadczeniem i śmiesznymi historiami dzielą się poligloci Konrad Jerzak vel Dobosz, Paweł Koperek i Marlon Couto Ribeiro. Spodziewa się duża frekwencja uczestników, dlatego też już teraz gorąco polecam odwiedzanie strony www.sekretypoliglotow.pl gdzie możecie odkryć więcej ciekawostek o prelegentach, szczegółach o warsztacie i, oczywiście, możecie wykonać zapisów.


Drodzy, cuda się zdarzają, wystarczy w nie uwierzyć. Cudem jest dla nas to, że jesteśmy tutaj. To, że jako obcokrajowce odnajdujemy się w Polsce, wśród Was, Polaków. Cudem jest również to, że jesteście otwarci na to, czym pragniemy się dzielić z Wami. Uważam za cud to, że docieramy do Was i Wy, skorzystując z nowej wiedzy osiągniecie sukcesy w nauce języków. Działamy po to, aby nad Wisłą jeszcze więcej cudów się wydarzyło (i nie tylko w Warszawie). Dotrzemy do wszystkich miast, które przepływa Wisła. Niech Jej prąd uniesie wieść o Warsztatach do dalekich kątów kraju i niech się wypełnią wszystkie obietnice.

czwartek, 30 kwietnia 2015

Niezbędne do życia

Zanim zaczniemy analizować to co jest potrzebne do życia, pomyślcie sobie co byście wzięli ze sobą na wyspę bezludną. Ci którzy już uczestniczyli w lekcjach języka obcego, są rozeznani z takimi pytaniami. Głęboko mnie urzekło to w gimnazjum, że nauczyciele przygotowali dla nas podobne do tego zagadnienia i mieliśmy możliwość podyskutować o sprawach, które naprawdę były interesujące.

Z punktu widzenia człowieka chodzącego na powierzchni Ziemi, najbardziej elementarnymi rzeczami do życia są tlen, woda i węgiel. Nasza rzeczywistość aż każe nam tak myśleć. Jak ktoś przestanie oddychać, prędzej czy później odejdzie. Jak ktoś jest całkowicie pozbawiony dostępu do wody, wytrzyma maksymalnie cztery dni. Badania (prawdopodobnie przeprowadzone przez szeroko uznanych brytyjskich naukowców) wykazały, iż podstawowym elementem powstania życia jest węgiel. Nie jestem ni naukowcą ni uznanym brytyjskim badaczem, ale dodałabym tutaj taki zwrot: „… podstawowym elementem powstania życia w znanej przez ludzi formie jest węgiel”.

Co jest dla Was niezbędne do życia? Pewnie każdy z Was ma swoją listę takich elementów, materiałów, sprzętów a nawet skarbów, bez których nie możecie sobie wyobrazić egzystencji. A jest jeszcze druga lista elementów tak zwanych „podstawowe ale nie niezbędne”. To jest spersonalizowana lista, którą możemy sobie poukładać według uznania, jak nam serce podpowiada. Psychoterapeuci by zanotowali, iż elementarnym warunkiem życia jest zaspokojenie potrzeb bezpieczeństwa oraz potrzeb fizycznych. Zauroczeni młodzieńcy by podskoczyli z podekscytowania: „niezbędne są miłość i marzenia”. Inni by rzekli wzrusząc ramionami: „żyć można bez czekolady, ale nie ma to większego sensu”. Ci z zarumienionymi policzkami by zaś odpowiedzieli: „żyć można bez ogórków kiszonych dziobanych najlepiej do wódeczki, ale nie warto”. Te są preferencje.

Chętnie się podzielę z Wami moją listą. Dla mnie kluczową rolę odgrywa możliwość poszerzenia wiedzy w dziedzinie języków, więc wszelkie sprzęty do wykorzystania w celu przywłaszczania wiedzy lingwistycznej należy do najważniejszych elementów tejże listy. Sprzęty typu komputer, długopis lub choć ołówek, zeszyt i… czekolada. Mi również potrzebni są ludzie oraz rozmowy przeprowadzane z nimi. Najwięcej się nauczy od rodowitych mówców, jest to chyba oczywiste. Omijając inne elementy, zwracam Waszą uwagę na element, który niedawno dodałam. Żyć można bez związków frazeologicznych oraz utworzonych wyrażeń. Ale czy warto?

Jak ktoś pragnie posługiwać się wykwintną polszczyzną (a jest to właściwie moje założenie), to musi wziąć w garść i dać sobie sprawę z tego, że w takim razie zapamiętywanie takich wyrażeń musi się znajdować u góry listy elementów potrzebnych do życia. Dlaczego? Ponieważ meble mogą być gustowne, potrawy zaś wyszukane, a atmosfera – serdeczna. Ale młody uczeń z łatwością się pomyli i zdarza mu się prawić komplement szefowi kuchni wypowiedząc słowa „ale ta zupa jest gustowna!” Panny zwykłą być urodziwe, a maniery wytworne ale nigdy nie na odwrót. I broń Boże przed pomieszaniem słowa „wyszukane” z „oszukanym”.

Najwyższy czas wbrnąć w nieskończony zaś piękny świat związków frazeologicznych oraz utworzonych wyrażeń. Do tego skorzystam z zeszytów o gramatyce polskiej wydanych dla gimnazjalistów. Przypadła mi do gustu metoda uczenia się w sposób jaki uczą się nastoletni Polacy, ponieważ wydaje się techniką całkiem naturalną i dającą żywą wiedzę. Dziękuję za wydanie tych książeczek, pani Alicja Stypka, i dziękuję Ci, kochanie Marlon za to, że mi je pożyczyłeś. Wzbogacasz moje życie – i znasz na to liczne sposoby.

Ucząc się związków frazeologicznych typu „siedziałam jak na tureckim kazaniu”, zdaje sobie sprawę z tego, że to dużo lepiej brzmi, niż „siedziałam a nic nie rozumiałam”. Mój sposób zapamiętywania tych związków jest dosłowne przetłumaczenie ich na węgierski. Działa to w drugą stronę też. Patrzcie, po węgiersku mówimy, że niegrzeczny dziecko, który rozrabia na lekcjach lub w domu, „wrzuca złe drewno na ogień”. Wcześniej bym nie pomyślała o to, że kiedyś faktycznie mogli karcić dziecko za to, że wrzucał mokre lub niewłaściwe drewno do ognia. Ale chyba tak było. Stąd wyrażenie. Co to ma znaczyć? To, że nasze języki w pewnym sensie znajdują się na osobnych wyspach. Są one oddzielone przez wodę mórz, ale możemy pokonać odległość. Ja na Waszą wyspę wstąpię z wiedzą języka węgierskiego, a potem odkrywam, że nie ma żadnej wyspy bezludnej: tylko wyspy obfitujące w nową wiedzę.


Uczenie się języków obcych zdecydowanie pomaga nam w rozwijaniu umiejętności komunikacji nie tylko wzbogacając nasz zasób słownictwa w studiowanym przez nas języku ale także pobudzając naszą twórczość do myślenia niestandardowego. Związki frazeologiczne uczą o Was, Polakach. Podzielcie się swoimi ulubionymi wyrażeniami!

poniedziałek, 2 lutego 2015

Siła przedrostków

Od kilku dni zastanawiałam się nad tym, o czym mogłabym pisać w następnym wpisie na blog. Mimo tego, że czerpię dużo radości ze wszelkich polskojęzycznych lektur, jakoś nie miałam natchnienia do pisania. Potem coś się wydarzyło tak niespodziewanie jak grom z jasnego nieba. Może przesadzam, ale zaraz wyjaśnię o co biega.

Ostatnio rozmawiałam z osobą zamieszkującą w najwygodniejszym miejscu mojego serca (z Marlonem) o pewnym zjawisku dotyczącym nazewnictwa pokrewnych w języku polskim. Fakt, że używacie czterech różnych słów na określenie potomka czyjegoś rodzeństwa zachwycił mnie już w pierwszym miesiącu mojej przygody z Waszym językiem. Są one mianowicie bratanek, bratannica, siostrzeniec i siostrzenica, których rdzeń określa rodzeństwo, a końcówka wskazuje na płeć dziecka tego rodzeństwa. W języku węgierskim owe relacje są odzwierciedlane ze względu na płeć tego potomka, gdyż mamy słowa unokaöcs i unokahúg. Öcs to młodszy brat, a húg to młodsza siostra. Dodawania elementu unoka- informuje słuchacza tylko o tym, iż osoba, o której mowią jest potomkeim rodzeństwa mówcy. Natomiast informacja czy to rodzeństwo jest płci męskiej czy żeńskiej pozostaje zaszyfrowaną zagadką. Na przykład, gdy mówię, że mam dwóch siostrzeńców (po węg. „van két unokaöcsém”) słuchacz Węgier, który jeszcze nie wie, że mam siostrę (mało jest takich osób, którym jeszcze pochwaliłam się swoją siostrą), od razu mnie zapyta, czy mam brata czy siostrę. Sprawa się jednak dalej komplikuje, gdy bierzemy pod uwagę, że unokabáty i unokanővér (gdzie báty to starszy brat, a nővér to starsza siostra) nie oznaczają potomka rodzeństwa. Moim zdaniem dzisiaj tylko w bardzo wyjątkowych rodzinach bratanak/bratannica lub siostrzeniec/siostrzenica mogą być starsi od mówcy, aczkolwiek mogę sobie wyobrazić rodzinę z wieloma dziećmi, gdzie pierwsze dziecko jest starsze o 25 lat od najmłodszego ale już ma potomka, który sam jest starszy od tego najmłodszego rodzeństwa. Czy jesteście ze mną? Szczerze, wyobrażam sobie jaki macie mętlik w głowie od tego. Na zakończenie powiem tylko to, że w rzeczywistości unokabáty i unokanővér oznaczają kuzyna odpowiednio o płci męskiej oraz żeńskiej, czyli potomka cioci lub wuja. Chyba że stryja/stryjenki.

No to ostatnie zdanie doprowadziło mnie do innego nieznanego terenu języka. Wuj i ciocia to rodzeństwo mamy, a stryj i stryjenka to rodzeństwo taty. Ewentualnie ciocia to żona wuja, a stryjenka to żona stryja. Według naszej obserwacji, stryj i stryjenka pojawiają się tak rzadko w języku mówionym, zatem zastąpione wyrażeniami wujek i ciocia, że można je uznać za przestarzałe. Zarówno Marlon jak i ja mam swoją teorię, dlaczego jest tak. Oto kolejne wytłumaczenie językowe wzięte z „etymologii kuchennej” (nasze dyskusje zazwyczaj odbywają się w kuchni): według Marlona stopniowe pogorszenie relacji między dziećmi a tatą doprowadziło do tego, że wyrażenia stryj i stryjenka stały się zbędne upływem czasu. Ja uważam, że wyjście z mody słowa stryj jest związane z tym, iż w pierwszej połowie ubiegłego wieku toczyły się wojny, do których wzywano miliony mężczyzn. W niezliczonych zakątkach świata, a między innymi w sercu Europy, czyli w Polsce, stało się tak samo, w związku z czym radykalnie się zredukowała liczba osób płci męskiej w polskich rodzinach. Jako tragiczna konsekwencja tego wydarzenia, krewni już nie potrzebowali zróżnicować tak szczegółowo garstkę mężczyzn, które zostało w rodzinie po wojnach. Co sądzicie?

Chyba już czytaliście o tym jakie wynikają nieporozumienia w moim życiu z tego, że Wasze przedrostki czasownikowe lubią mnie przechytrzyć. Można uznać za klasyczną historią sytuację, w którym zamiast uspokoić zdenerwowanego kolegę chciałam go zaspokoić. Dzieci, które wdają się w bójkę na korytarzu w szkole, biją się a jedno odbije temu, które zaczęło walkę. Ale jest coś, co może odbić bez robienia krzywdy. Co to jest? Lustro. Tadaa. Suchar dnia. Podobną zagadką jest słowo odtwarzacz, tak jak w „odtwarzacz mp3”. A jak uczeń się dowie, że odtwarzacz to nie jest jakieś straszne narzędzie tortur z mrocznego średniowiecza, które jakoś przetrwało do dziś i na które jest zdumiewająco duży popyt (gdyż sprzedaje się ono na każdym rogu), to widzi wszystko w całkiem innym świetle. Straciliście wątek? Chodzi mi o początkujących polonistów, dla których jest jasne jak słońce, że odtwarzacz jest urządzeniem do usuwania twarzy. O, Słowotwórstwo, ty brzydka bestio!

Już na pewno nie możecie się doczekać, aż się dowiecie, jaki jest rzeczywisty temat mojego dzisiejszego wpisu… Ponieważ, Moi Drodzy, wszystko co do tej pory napisałam, były pomysły, które wyrzuciłam do kosza z rozmachem w procesie poszukiwania tematu do pisania. Ale kiedyś w jakimś ciekawym filmie offowym o pisarce słyszałam następującą radę: „jeżeli masz kryzys w pisaniu, to bierz swoje najgorsze pomysły i zacznij je rozwijać”. Teraz mi się przypomniały te mądre słowa i poukładałam swoje najgorsze pomysły w taki sposób, aby służyły one do opóźnienia głównego tematu. Siłę przedrostków czasownikowych poczułam dokładnie w piątek przed południem, gdy dostaliśmy (my, jako dział komunikacji składający się z pięciu osób) wypowiedzenie z firmy, w której pracowałam dwa i pół roku. Liczyliśmy się ze zwolnieniem już od kilku miesięcy, zakłady nasze nieraz były oparte na zwykłym strachu, a innym razem na domniemaniu. W każdym bądź razie, gdy mnie zapytali co się stało w pracy, (a na te pytanie słyszałam już przeróżne możliwe odpowiedzi - zostałam/łem zwolniony/a / zwolnili/wyrzucili/wyj*bali mnie), to powiedziałam, że rozwiązali nasz dział, a mimo tego, że zostałam z-wolniona, mój stan psychiczny lepiej opisze słowo „u-wolniona”.


Widzicie, Moi Drodzy, słowa, a w tym przedrostki, mają specjalną moc. Słowa stają się czynem. Słowa tworzą rzeczywistość. A czasami, aby lepiej zrozumieć samego siebie, trzeba sięgać po słowa z innego języka. Ani po węgiersku, ani po angielsku nie mogę tak trafnie napisać, co się wydarzyło: co dla firmy jest zwolnieniem, to dla mnie – uwolnieniem. Dziękuję! J

wtorek, 20 stycznia 2015

Nowi-ny

Moi Drodzy! Pozwólcie mi nadrobić zaległości: życzę Wam wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku! Aby wszystkie Wasze marzenia – zarówno te, o których mówicie, jak i te, których nawet wyobrażać sobie nie możecie – spełniają się w tym roku! Życzę Wam, abyście zauważyli cuda w codziennym życiu i znaleźli satysfakcję w tym, co robicie!

Nasze biuro niedawno powitało nowych pracowników, których przyjęliśmy serdecznie, otwartymi ramionami. Nasz Manadżer, troszcząc się o ich dobrobyt, zapytał jak im się podoba kuchnia , która codziennie przyrządza nam pyszne potrawy. Ale on sformułował pytanie w dziwny dla mnie sposób: „podeszła Wam stołówka?” Znałam wyraz „podejść do kogoś”, ale wiadomo, że nie o to chodzi, skoro stołówka nie podchodzi do nikogo, także „podejdzie komuś”, to coś nowego dla mnie. Polski obfituje w zwroty wyrażające upodobanie. Od prostego „podoba się” albo „lubię to” (a nawet w naszym mocno zglobalizowanym świecie można już lajkować), przez „przypadło mi do gustu”, „przepadam za nim” (choć nie zdarza mi się słyszeć ów zwrot w formie twierdzącej, raczej w przeczącej) i „mieć zamiłowanie do czegoś” do „ciągnie do kogoś jak mucha do miodu”. A tego „coś podejdzie komuś” nie słyszałam wcześniej. Człowiek codziennie uczy się czegoś nowego – mówi się na Węgrzech.

Od czasu rezygnacji ze studiów psychologicznych czasami brakuje mi stałego „inputu” intelektualnego, który staram się rekompensować samodzielnym zajmowaniem się róznymi branżami psychologii. Szczególnie zainteresowałam się bajkoterapią. Terapia oparta na baśniach i bajkach polega na tym, że na początku sesji pacjent wybiera znaną mu z dzieciństwa historię, która z jakiegoś powodu jest znacząca dla niego. Do dokonania wyboru prowadzą motywacje podświadome: na wybór wpływ mogą mieć wyzwania, z którymi pacjent miał się zmierzyć w swoim życiu, konflikty, które miał rozwiązać, traumy z dzieciństwa, które jeszcze ma przetwarzać. Poprzez analizę tejże historii, pacjent prędzej czy później odkrywa podobieństwa między postaciami bajki a osobami w swoim otoczeniu, lub scenami tej historii a wydarzeniami w jego życiu. Dzięki temu, pacjent potrafi spojrzeć na swoje życie z nowej, zewnętrznej perspektywy i zyskać siłę, by zmienić to, co mu sprawiało kłopoty i ostatecznie prowadziło go do psychologa.

Ja na przykład od dawna czuję szczególną sympatię do Kopciuszka. Pamiętam, że co najmniej sto razy obejrzałam tę bajkę w wydaniu Disney w swoim dzieciństwie. Urzekło mnie to, jak ona ładnie śpiewała, żyła w harmonii z przyrodą, ale motyw, który mnie najbardziej zaczarowało, była jej umiejętność zachowania wewnętrznej radości wbrew otaczającej ją wrogości od strony macochy oraz przyrodnych sióstr. Wkurzało mnie nieco jednak to, że była ulegająca do bólu i nie potrafiła wyrwać się spod władzy kobiety, która ewidentnie traktowała ją po macoszemu. Myślałam o głównej postaci w taki właśnie sposób aż do czasu, gdy przeczytałam oryginał. W oryginale Kopciuszekowi nie pozwalają brać udziału w żadnej uroczystości organizowanej przez księcia, jednak ona zawsze znajdzie sposób na to, aby rychło załatwić zadania, potem szykować się na bal i ostatecznie pojawić się tam normalnie jak największa gwiazda. Ale z niej zaradna dziołcha!!! Wtedy akurat zmieniłam zdanie i darzę ją wiekszym szacunkiem.

Oczywiście zastanawiałam się nad tym, dlaczego przyciąga mnie tak mocno postać Kopciuszka. Czyżbym miała coś wspólnego z nią? Według psychologów społecznych, czujemy sympatię do osób, które są podobne do nas. (Rzeczywiście to tylko jeden z wielu powodów atrakcyjności.) Tak samo dzieje się to z postaciami z bajek, baśni, filmów, książek. Gdy czytamy ksiażkę lub oglądamy film, przybieramy rolę postaci, z którą potrafimy się zidentyfikować, czyli tej, która jest najbliżej nas. Tę regułę pięknie odzwierciedla Wasz język, gdyż słowa upodobanie i podobieństwo mają ten sam rdzeń (podobj-). Studiując bajkoterapię, odkryłam na czym polega podobieństwo między bajką a moim życiem. Gdy byłam młodsza, zachowałam się całkiem inaczej w towarzystwie, czułam się nieswojo, kiedy musiałam mówić przed większą publicznością, stresowałam i krepowałam się nawet krótko wypowiedzieć w klasie. Bardzo dobrze się czułam zatem w małym gronie najbliższych znajomych, przyjaciół, w rodzinie i z chęcią porozmawiałam nawet z nowymi ludźmi. Niemniej jednak, czułam się jak szara myszka. Przeprowadzki do Polski były dla mnie ważną decyzją życiową, a właściwie najlepszą, którą kiedykolwiek podjęłam, gdyż podczas mojego pobytu pozbyłam się tych barier. Streszczając się (bo nie chcę Was nudzić całą autobiografią), dużo się zmieniło od czasu, kiedy schowałam się przed światem (tak jak Kopciuszek, której nie pozwolono iść na bal). A przekładając moją obecną sytuację na język historii Kopciuszka, znaleźliśmy się z moim księciem, potem okazało się, że pantofelek mi pasuje, wsiedliśmy w karocę i… no właśnie, bajka się tutaj skończy tak na dobrą sprawę. Co zrobić? Napisać nową, swoją własną historię. :)

Niedawno zaczęłam czytać książkę Cudowne i pożyteczne Bruna Bettelheima (twórcy bajkoterapii), ale już teraz tylu nowych rzeczy się nauczyłam, że musiałam je zanotować, aby nie zapomnieć napisać o nich na blogu. Jak ktoś mówi ładnie po polsku, to znaczy, że posługuje się poprawną polszczyzną. Analogicznie… przypuszczam, że jak ktoś włada węgierskim, to jego węgierszczyzna jest bezbłędna. Właśnie w tej książce czytałam, że Freud napisał swój pierwszy utwór posługując się  wyszukaną niemczyzną. I uwaga, jak znasz język ojczysty Dantego, to posługujesz się włoszczyzną? Hm. Drugi fakt, którego się nauczyłam, jest związany z terminologią psychoanalizy. Słowo umysł uległo zmianie, gdyż do XIX wieku odnosiło się nie tylko do procesów intelektualnych, ale także do procesów emocjonalnych. Dzisiaj mówimy zatem o umyśle, jako o czubku głowy, gdzie przebiega tylko myślenie. Dzisiaj psychika natomiast znaczy to co umysł niemal 150 lat temu: wszystkie procesy myślenia, odczuwania, doświadczania. Dlaczego to jest ważne? Znane nam zdanie Kartezjusza z XVII wieku, Cogito ergo sum (tłum. myślę, więc jestem) oznacza to, iż człowiek istnieje nie tylko dlatego, że przebiegają w nim procesy intelektualne, ale u podłoża jego egzystencji leży jeszcze coś innego: umiejętność przeżywania wszelkich emocji, uczuć i poczuć, namiętności, żądania czegoś, doświadczenia obaw, strachu itd.

Poruszyłam ten temat wczoraj wieczorem z wybrańcem mojego serca i wyszła nam cudowna rozmowa o słowotwórstwie w języku polskim. Jak masz dobry pomysł i uda się go zrealizować, to przebiega pomyślnie. Jak ktoś jest natomiast zmyślny, jest pomysłowy a nie zmysłowy!

Bardzo Wam dziękuję za uwagę, ja teraz zostawiam Wam w takim stanie psychicznym (lub umysłowym, posługując się tym słowem w znaczeniu kartezjańskim).

wtorek, 9 grudnia 2014

„Mam łagodny punkt w sercu”

Mój chłopak (i przyszły mąż), Marlon jest Brazylijczykiem. Nie powiem Wam, ile zna języków, ponieważ liczba ta ciągle rośnie. W ilu mówi biegle, ilu się uczy obecnie i ilu planuje się jeszcze uczyć – to właściwie nie ma granic. W każdym bądź razie, każde z nas ma bzika na punkcie uczenia się języków obcych, można zaś stwierdzić, że łatwo było nam znaleźć wspólny język.

Od kiedy jesteśmy razem, ubogacamy siebie nawzajem i naszą relację wiedzą językoznawczą. Bardziej konkretnie, on uczy mnie hiszpańskiego i portugalskiego, a ja go uczę węgierskiego. Zawsze uważałam, że poznawanie drugiej osoby jest jak odkrywanie nowego świata, każdy bowiem inaczej odbiera świat dookoła i odtworzy swoją rzeczywistość na podstawie własnych doświadczeń. Są pewne tendencje według których przebiega odbieranie i odtwarzanie, ale nie ma dwóch osób, u których w identyczny sposób przebiegają owe procesy. Psychologia w miarę dobrze opisuje jak działają percepcja i rekonstrukcja, ale wiadomo, że zawsze należy uwzględniać cechy i doświadczenia danej osoby.

Uczenie się idiomów ubogaca nie tylko naszą wiedzę językoznawczą, ale dzięki znajomości takich wyrażeń możemy lepiej poznać sposób myślenia mówców danego języka. Oprócz tego, to wielka frajda. Wyobraźcie sobie, gdy przyjdzie obcokrajowiec, który posługuje się taką wiedzą, nie powie tylko, że ktoś jest pracowity, ale dodaje, że „on jest pracowity jak mrówka”. Albo na pytanie „jak się żyje w Polsce”, nie odpowie samo „dobrze” ale rzeknie „jak ryba w wodzie”. Robi wrażenia, nie? :)

Mam także swoje ulubione powiedzenia w języku polskim. Bardzo lubię jak przysłowia innych kultur zwracają uwagę na to co można nazwać uniwersalną prawdą. Podaję przykład: „czym skorupka na młodości nasiąknie, tym na starości zionie/trąci”. Dla mnie to zdanie jest podsumowaniem wszelkich teorii psychologicznych opartych na twierdzeniu, że różne modele zachowania przyswajane w najmłodszym wieku, czyli w dzieciństwie, mają efekt na nasze tendencje behawioralne w dorosłości.

Warto zwracać uwagę na powiedzenia, gdyż one zawierają cząsteczkę prawdy. Są takie, które są identyczne w różnych językach: „darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby” albo „niedaleko pada jabłko od jabłoni”. One są tak samo w języku węgierskim. Są zatem takie, które przekazują tą samą mądrość, ale inaczej są sformułowane: „Jeszcze tego nie było, by jajko kurę uczyło” a po węgiersku to mniej więcej „jeszcze tego nie było, by kompot konserwował babci” (gdyż to się dzieje jedynie odwrotnie), i podobnie „jeszcze tego nie było, by zając zabrał broń [myśliwemu]” również z naszego pięknego języka węgierskiego. U Was jest „burza w szklance wody” u nas… hm… „burza jest w nocniku”. Nie bierze się drzewa do lasu – po angielsku nie bierze się węgla do Newcastle (it’s as necessary as carrying coal to Newcastle) a po węgiersku nie bierzemy wody do Dunaju. W sumie ten ostatni fajnie by brzmiało po portugalsku w wersji brazylijskiej w której „nie bierze się wody do Amazonki”. :)

W tytule czytacie idiom dosłownie przetłumaczony z języka angielskiego (to have a soft spot for someone in one’s heart), co oznacza, że dana osoba traktuje kogoś szczególną czułością i zwraca na tą osobę więcej uwagi niż na pozostałe w swoim otoczeniu. Osoba, do której należy ów punkt łagodny w moim sercu powiedział mi kiedyś, że zawsze był zapominalski i trochę nieogarnięty. Współczuję mu (współczuję Ci, kochanie, nie przejmuj się, wiesz dobrze, że mam ten sam kłopot :) ). Ale to co mnie najbardziej zaskoczyło, było zdanie, które jego Mama powtarzała wielokrotnie: „Dobrze, że Twoja głowa jest przymocowana do szyi, bo inaczej byś ją zgubił.” Zaskoczyło mnie ono z tego powodu, że dokładnie to samo moja Mama mi mówiła nieraz w moim dzieciństwie, skoro zawsze byłam zapominalska i trochę nieogarnięta.

Marlona i mnie dzieliły tysiące kilometrów, strefy czasowe, cały ocean, granice wymyślone przez ludzi. Pomimo takiej odległości, ta sama idea zakorzeniła się w naszym umyśle. Nieważne skąd się pochodzi, ważne jest to, że mimo licznych różnic (realnych lub wyimaginowanych), mamy dużo wspólnego i to nie dotyczy tylko naszej relacji, ale także wszelkich relacji międzykulturowych.

czwartek, 27 listopada 2014

No dobrze, ale jak do tego się zabrać?

Czy zastanawialiście się już nad tym, czego się uczy najpierw w języku obcym? 

Ogólnie rzecz biorąc, gdy zaczynamy uczyć się języka obcego, są pewne zwroty, które chcemy koniecznie poznać. Naturalnie one są słowami powitania, podziękowania, pożegnania, może krótkie pytania typu "jak się masz?" "jak masz na imię?" "czy masz rodzeństwo?". Odnosząc się do jednego z najważniejszych sekretów Konrada, warto uczyć się całych zdań, wyrażeń, aby unikać wkuwania samych wyrwanych ze swojego kontekstu słówek. Jak to zrobić? Dowiedzcie się więcej o technikach z książki, o której ostatnio pisałam! :)

Osobiście później wyobrażam sobie najzwyklejsze sytuacje, typu: (1) jadę autobusem, chciałabym wysiąść ale ktoś stoi między drzwiami a mną; (2) robię zakupy, chciałabym zapłacić kartą; (3) chciałabym zamówić kolację. W pierwszej sytuacji warto się nauczyć zdania "Przepraszam, czy mogę przejść?" "Chciałabym wysiąść", potem pytania "czy mogę zapłacić kartą?". Te dwie pierwsze sytuacje są o tyle proste, że najprawdopodobniej dostaniemy oczekiwaną odpowiedź, czyli "Proszę" i mogę przejść, oraz "Tak/Owszem/Nie", którą na poziomie podstawowym zrozumiemy bez problemu. Trzecia sytuacja jest o tyle bardziej złożona, że wymaga porządniejsze przygotowanie. Przecież zanim zamówimy danie, trzeba przeczytać menu/jadłospis ze zrozumieniem, bo w przeciwnym przypadku w egzotycznym kraju na naszym talerzu ląduje ośmiornica. Wierzcie mi, może się wydarzyć! :)

Muszę robić tutaj jeszcze jedną małą dygresję by wspomnieć tych, którzy nie chcą specjalnie się rozwijać w danym języku, ale są zaciekawieni jego brzmieniem. Oni proszą o przykłady przekleństwa w Twoim języku ojczystym. I mimo tego, że tak naprawdę ich nie rozumieją, strasznie dobrze ich to bawi. Dlaczego? Bo to co zakazane (między innymi słowa tabu) zawsze intryguje człowieka. Jak dziecko, które pomimo wszelkich zastrzeżeń rodzicielskich podchodzi do gorącego pieca by go dotknąć po raz pierwszy. Jest to tak fascynujące, co się kryje za zakazem! Te dwie sytuacje jednak różnią się w późniejszej fazie, ponieważ, w momencie gdy dziecku się uda dotknąć piec (pomimo wszelkich przeciwnych starań od strony rodziców), natomiast oderwie rączkę bo poczuje straszny ból i nauczy się (na zasadzie warunkowania klasycznego, z własnego doświadczenia), że nie powinien powtórzyć tejże akcji. A w przypadku znajomego, którego intrygują przekleństwa w drugim języku zadaje te same pytania 100 razy… a jak to się mówi? Co to było? Jak się przeklina u was? I powtarza je aż do bólu… :)

W zależności od Waszego zainteresowania i planów co do poziomu, który pragniecie osiągnąć, możecie sobie wybrać swoją drogę. Oto moja rada: najpierw nauczcie się tego, co jest związane z Wami bezpośrednio. Z jednej strony to co jest osobiste, jest ważniejsze, dlatego zapamiętacie je szybciej. Oprócz tego nauczcie się odpowiedzieć na pytania, które chcielibyście zadać innym. Na przykład, pytanie „czy masz rodzeństwo?” można traktować jako podstawowe. Pytanie zadajemy nie dla samego pytania, ale dlatego, że jesteśmy zainteresowani odpowiedzią. Naturalnie potrzebujemy znajomości słów „młodszy/starszy brat”, „młodsza/starsza siostra” i ewentualnie „bratanek/bratanica” oraz „siostrzeniec/siostrzenica”. Gdy po raz pierwszy napotkałam te cztery ostatnie słowa, zaczarowało mnie całkowicie bogactwo leksykalne polszczyzny w zakresie nazewnictwa członków rodziny. Według hipotezy Sapir-Whorf język i kultura/rzeczywistość, czyli kontekst, w którym używają dany język są wzajemne zależne. Fakt, iż w polskim istnieją cztery nazwy do opisywania „potomka czyjegoś rodzeństwa” świadczy o tym, że w czasie powstania tego nazewnictwa w Waszej kulturze było istotne dokładnie wyrażać w jakiej relacji są pojedyncze członkowie rodziny. Świadczy też o tym, że relacje rodzinne są bardzo cenne w Waszym społeczeństwie. To mnie głęboko urzekło i też zachęciło mnie do dalszej nauki. :)

Podaję konkretny przykład. Zanim zaczęłam się uczyć języka hiszpańskiego już szykowałam się do wyjazdu na Półwysep Iberyjski. Planowałam pielgrzymkę od dłuższego czasu na Camino de Santiago. Podczas pielgrzymowania mogą wystąpić przeróżne problemy i przynajmniej na to co przewidywalne należy się przygotowywać językowo. Na przykład nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy nauczyć się tych zdań na samym początku nauki: Mi espalda tiene un contractura („Mam kontuzję w plecach”), ¿Dónde está el ayuntamiento? („Gdzie jest urząd miasta?”) oraz to co było najważniejsze ¡Buenas tardes! Soy peregrina y estoy buscando una habitación libre para la noche („Dobry wieczór, jestem pielgrzymką i szukam wolnego pokoju na noc/do przenocowania”). W przypadku, gdy nie znalazłam wolnego pokoju, musiałam prosić o pomoc w urzędzie miasta, ponieważ tam pracownicy zazwyczaj mogą coś wymyśleć. Tak się stało w mieście Mallen, gdzie spędziłam mroczną noc w Miejskim Ośrodku Sportowym dzięki pracowniczce Urzędu, która mi podała klucze do całego kompleksu. Słowa kontuzja, pielgrzymka, lub urząd miasta tak rzadko występują w podręcznikach językowych jak biały kruk w lesie. :) Jednak dobrze wiedziałam, że te wyrażenia będą mi potrzebne i musiałam je zapamiętać. Skądinąd moje życie od tego zależało. Dzięki temu pamiętam je aż do dzisiaj.

Są jednak sytuacje, na które nie możemy się przygotować. Wiedziałam, że gorące hiszpańskie słońce grozi poważnym oparzeniem skóry, dlatego wrzuciłam do plecaka mleczko do opalania z wysokim filtrem. Nie pomyślałam jednak o tym, że pomimo wielokrotnego dokładnego smarowania, hiszpańskie słońce tak mocno pocałuje moją skórę, że zabarwi się ona na kolor węgierskiej papryczki. :( Moje nogi cierpiały najbardziej, gdyż moje łydki i uda były najmocniej oparzone. Dios mio… Gdy dotarłam do miasta docelowego, powędrowałam do apteki, gdzie prosiłam o pomoc. Pokazałam zranioną skórę i powiedziałam, Me duele. Mucho. Ayuda. Por favor. („Boli mnie. Bardzo. Pomoc. Proszę.”) Przekazałam to co chciałam i mniej więcej rozumiałam ostrzeżenie aptekarza, według którego trzeba było jeszcze więcej mleczka stosować, ale krem, który mi sprzeda, pomoże mi. Bóg strzeże (jak podczas całej pielgrzymki) i dzięki opiece zaczerwienie zanikło z dnia na dzień, skóra odzyskała naturalny kolor, a dusza – spokój.

Drodzy, nauka języka obcego jest w dużej mierze indywidualnym procesem, także zanim zabierzecie się do nauki, pomyślcie sobie co pragniecie przekazać w danym języku. W taki sposób jest prawie niemożliwe stracić motywacji. :)