piątek, 9 października 2015

Jesteśmy "multimedialni"

W dzisiejszym wpisie zamierzałam dalej pisać o naszych niesamowitych doświadczeniach z Brazylii. Ale los potoczył się inaczej niż spodziewane. Zapewniał on odrębny temat do opisania, w mianowicie referat o ciekawym artykule w dzisiejszym Dzienniku Zachodnim.

W walizkach obok mnóstwo prezentów od mojej teściowej i szwagierki schowaliśmy kilka worków miłych wspomnień, uroczystych chwil spędzonych z przyjaciółmi, żartów, buziaków, uścisków od ludzi, których Marlon od kilku dobrych lat nie widział. Ale te worki sprawiały, że walizki były lżejsze. Jedynie woreczek smutku pożegnania obciążył nasze barki.

Po powrocie z kraju egzotycznych owoców i jeszcze bardziej egzotycznych twarzy, znaleźliśmy się w tak zwanej szarej codzienności. Okazuje się jednak, że szary ma szereg odcieni (i tutaj nie odnoszę się do książki, który twierdzi, że kolor szary ma aż pięćdziesiąt twarzy). W związku z tym wiele zaskoczeń kryje także w naszym życiu codziennym. Podaję tutaj przykład. We wtorek wróciłam do domu po pracy i mój świeżo wypieczony mąż zaskoczył mnie wiadomością.

Zadzwonił do Marlona pewien dziennikarz z Dziennika Zachodniego, który chciał zrobić z nim wywiad. Pozornie dziennikarze działają bardzo skutecznie, gdyż reporter zadał mu kilka pytań już telefonicznie i stwierdził, że z tej rozmowy napisze cały artykuł. Do tego artykułu jednak należy dołączyć kilka zdjęć. Co zrobimy? Umówimy się z fotografem na środę! Tak się urodziły nasze gwiazdy dzięki Dziennikowi Zachodniemu i już dzisiaj możecie zobaczyć te gwiazdy w magazynie dołączonym do Dziennika.

Po angielsku istnieje wyrażenie idiomatyczne „flash in the pan”, które dosłownie znaczy „błysk na patelni”. Chyba da się rozumieć, że wyrażenie znaczy coś, co ma chwilowe istnienie, potem wszyscy szybko o niej zapomną. Błyskawicznie. W rzeczywistości wyrażenie odnosi się do osób, stylów, piosenek, filmów, które odniosą tymczasowy sukces, ale nie potrafią utrzymać swojego uprzywilejowanego miejsca na dłuższą metę. Czy w Dzienniku Zachodnim jest błysk na patelni?

Dzięki mężowi wiem, że portugalski używa perełki językowej, gdyż jego mówcy nazwą „pano pra costura” (czyli „szmata do szycia”) tematy, które ciągną przez długi okres i cały czas daje coś nowego do dyskusji. Jednym słowem, temat rzeka. Coraz więcej osób zwraca się do nas z zapytaniem o ewentualnym wywiadzie i my z radością udzielamy je. Mamy na myśli ogłaszać nasze warsztaty, dotrzeć do jak największej publiczności i zdradzać kilka małych tajemnic o nauce języków obcych. Aczkolwiek temat zawsze się zacznie od tego samego pytania: „jak to się zdarzyło, że akurat tu w Gliwicach Brazylijczyk i Węgierka poznali się?” Z chęcią opowiadamy o naszej osobistej historii też, przecież zdamy sobie sprawę z tego, że nasze małżeństwo jest dosyć niezwykłe. Czy jednak ten temat daje coraz więcej „szmaty do szycia”?


Dobrze, dobrze, to jedna z wielu gazet. Pojawimy się raz a co potem? Jesteśmy tak zwanymi „monomedialnymi”, skoro tylko raz się zjawimy w mediach. Ale potem przypomnimy sobie, że Telewizja Śląska też cieszyła się już naszą gościnnością! Oprócz tego… wiecie co… przeczytajcie proszę Życie na Gorąco za trzy tygodnie. :) Być może coś zabłyśnie na tej samej patelni… Oficjalnie, w pełni staliśmy się multimedialni.

piątek, 2 października 2015

Po brazylijsku

Południowo-amerykańskie wyluzowanie jest mocno uzależniające: jak raz go skosztujesz, nigdy nie będziesz chciał wypaść z tego rytmu. Ale czy nasze wyprzedzenia względem brazylijskiego sposobu życia są prawdą? W kolejnych wpisach zadam kilka pytań sugerujących stereotypy o tym bajecznym kraju i o ile to możliwe, obalam mity na podstawie własnych dotychczasowych doświadczeń.

Czy Brazylijczycy zawsze się spóźniają?

Nie.

Po pierwsze, mają swoisty sposób umówienia się na spotkanie. Mówi się mniej więcej „widzimy się o szóstej-siódmej wieczorem”. Na tak wyznaczone spotkanie nie warto przybyć prędzej niż szósta trzydzieści. To jest część ich kultury, mocno zakodowana w podświadomości zbiorowej. Jednak takie obyczaje mają dalekosiężne konsekwencje. Konferencje, szkolenia, wszelkie warsztaty weekendowe się organizuje bez określenie zbliżonego programu czy rozkładu wydarzeń. Kiedy się sprawdzi oficjalną stronę konferencji, nie znajduje się tam żadnej listy zaplanowanych do omówienia tematów.

Brak rozkładu także dotyczy autobusów miejskich, które zwykłą jeździć jedynie w większych miastach i stolicach pojedynczych stanów. Dokładny rozkład jazdy jest świętą tajemnicą kierowców oraz bezcenną wiedzą pasażerów, którzy regularnie jeżdżą na danej linii. To ci pasażerowie, którzy są studnią informacji i przychodzą pomocą w krytycznym momencie. (Pod warunkiem, że rozumiesz portugalski.)

Czyli dlaczego Brazylijczycy się nie spóźniają? Nie ma przecież dokładnej godziny spotkania, ani określonego rozkładu. Autobusy nie mają opóźnień. Opóźnienie jest bowiem czymś relatywnym i brak rozkładu to brak punktu odniesienia. Opóźnienie istnieje tylko z naszej perspektywy.

Moja ulubiona anegdota o opóźnieniach jest związana z organizacją naszego ślubu. W Brazylii ślub się realizuje przy pomocy całej ekipy organizatorów, którzy są odpowiedzialni za aranżację lokalu, za muzykę, za dekorację, za przebieg wydarzeń, za przyjęcie gości przed ceremonią itp. Oni świetnie zarządzają czasem i generalnie w dniu ślubu (to taka moja obserwacja) wyznaczają osobę, która od czasu do czasu ma podchodzić do panny młodej i ją uspokajać uśmiechając, że wszystko przebiega według planu.


W dniu ślubu jeden z organizatorów podszedł do nas i szeptem nam powiedział: „Błagam Was, nie zaczynajcie punktualnie. Macie się spóźnić przynajmniej pół godziny, bo tak jest elegancko.” Uważam, że w pełni ustosunkowaliśmy do jego prośby, gdyż nasz ślub zaczął się dwugodzinnym opóźnieniem... i miał rację: ceremonia była niezwykle elegancka.

środa, 23 września 2015

Perspektywy z Bratysławy

Tekst redagowany dnia 1 lipca 2015.

Moi Drodzy! Oto kolejny wpis redagowany na niezmiennym, wiecznie pachnącym świeżymi wypiekami dworca stolicy Słowacji. Bułki przynoszono, rolki przesunięto, wielu klientów już przybyło.

Mam bzika na punkcie czegokolwiek co jest świeżo wypieczone i zawiera drożdże lub zakwas. No dobrze, dobrze, wiem, że nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdy ma swoje słabe punkty. Oprócz tego, pozbyć się silnych nałogów to w cale nie bułka z masłem. Po licznych próbach redukowania ilości spożytych przeze mnie wszelkich źródeł węglowodan, chleb nadal jest przedmiotem mojej największej fascynacji kulinarnej. Czekam więc na przesunięcie rolek, jak ci spragnieni treści kulturalnej czekają na przesunięcie kurtyny w teatrze. Sztuka się zaczęła, innym słowem lud się rzucił na bułki.

Senny poranek i nadchodzące wydarzenia kierują moimi myślami ku światu bajek. Bruno Bettleheim w swojej sławnej książce Cudowne i pożyteczne szczegółowo opisuje pewną bajkę o dziewczynie wyrzuconej z domu wraz z jej bratem. Wiele bajek zacznie się od motywu wyrzucenia z domu. To nic innego niż moment rozpoczęcia dorosłego życia, gdyż człowiek musi stawiać czoło trudnościom po opuszczeniu bezpiecznego gniazda rodziców i poszukać nowy sposób aby zarobił na kawałek chleba. Według opowiadania, dziewczyna polazła do głębi lasu i mimo jej licznych ostrzeżeń, jej brat wypił łyk wody leśnej rzeki. W związku z tym on stał się sarenką i w tej postaci śledził dalej swoją siostrę. Żyli o chlebie i wodzie ale byli szczęśliwi. Brat jednak był bardzo swobodną duszą i wiele razy zostawił swoją siostrę w domku leśnym, w którym ostatecznie się osiedlili. Zabłąkiwał w celu odkrywania tajemniczego lasu. Pewnego razu jak wracał do swojej siostry, towarzyszyło mu książe z sąsiedniego królestwa. Młody (rzecz jasna) zakochał się w (rzecz jasna) pięknej dziewczynce z (rzecz jasna) pierwszego wejrzenia i mocno nalegał aby ona natychmiast sie przeniosła do jego pałacu i wyszła za niego.

Kto dałby arbuza/kosza/czerninę/czarninę tak zdecydowanemu mężczyźnie… Krótko mówiąc książe tak skutecznie przypochlebiło się jej, że dziewczyna się zgodziła na zaślubiny pod warunkiem, iż sarenka zamieszkuje z nimi w pałacu. Zdajmy sobie sprawę z tego jednak, że bycie księciem to ciężki chleb i mężczyzna o takiej odpowiedzialności potrzebuje wsparcia silnej kobiety. Bohaterka sprawdziła się w swojej nowej roli, dzięki czemu królestwo zaczęło prosperować i para królewska żyła spokojnie i szczęsliwie aż do śmierci. Mówi się, że każdy zjadacz chleba owego królestwa dzielił się tą radością.


Od czasu pożegnania się z moim poprzednim chlebodawcą, w stu procentach przeszłam na nowy tor profesjonalny, w mianowicie stałam się nauczycielką. Uczę języków siebie i innych. Dzięki temu, przede mną są dwa miesiące przerwy pracy lektorskiej, co jednocześnie oznacza, że nadszedł czas na błyskawiczne samokształcenie się. Zamiast ugotowania czerniny/czarniny, moi rodzice powitali narzeczonego chlebem i solą, w związku z czym, w lipcu pobierzemy się aż dwa razy – raz na Węgrzech i raz w Brazylii. Potem (może powstać z tego nowe powiedzenie) będziemy dzielić się chlebem i dachem.

czwartek, 11 czerwca 2015

Ciasteczka, które zwiedzały pół Europy i ostatecznie osiedliły się na Śląsku

Czwarty warsztat językowy za nami. Mamy nadzieję, że przekazaliśmy dużo użytecznych pomysłów, z których skorzystając uczestnicy będą rozwijać swoje umiejętności językowe. Mamy również nadzieję, iż udało nam się przekazać to co najważniejsze: przede wszystkim trzeba mieć chęć do nauki. Jestem natomiast cały czas dłużna jednej bardzo ważnej rzeczy, w mianowicie udostępnienia przepisu magicznych ciasteczek.

Ciasteczka te w oryginale (czyli po węgiersku) nazywają się „linzerkarika”. Po polsku dosłownie „pierścień z Linzu”. Uważam, że tutaj dużo pozostaje do wyjaśnienia, więc zacznijmy od początku, czyli od etymologii nazewnictwa. Owe chrupiące ciasteczka pochodzą z Linzu, z bajecznego miasteczka Południowej Austrii. Rzecz jasna, Węgrzy nauczyli się przepisu od austriackich cukierników w wieku 19, w erze Monarchii Austro-Węgierskiej. Zawsze mówię, że wiele się zmieniło w owej epoce na lepsze… Do tych rzeczy należy widocznie nasza kuchnia.


Mimo tego, że te ciasteczka odniosły niezwykle ogromny sukces w naszym kraju, nazwa się nie zmieniła, wręcz przeciwnie, używając tej samej nazwy aż do dzisiaj, wyrażamy swoją wdzięczność ku Austriakom za specjalny prezent.


Dobrze, wiemy skąd „linzerkarika” pochodzi oficjalnie. Jeżeli chodzi jednak o to jak one dotarły do naszej rodziny, to trudno mi powiedzieć. „Linzerkarika” ma wiele wersji, więc każda babcia i mama inaczej je pieczy. Wszyscy mają bowiem swój najlepszy sposób na nie. U Was się mówi „co kraj, to obyczaj”. Węgrzy natomiast powtarzają „ahány ház, annyi szokás”, czyli „co dom, to obyczaj”. Przecież każde gospodarstwo domowe ma swój sposób działania, ma swoje najlepsze przepisy i te przepisy zawsze zostały przekazane z pokolenia na pokolenie i jestem tego pewna, iż w każdej rodzinie polskiej istnieją przysmaki, które tylko babcia umie przygotować. Chyba właśnie dlatego nie zdarzyło mi się jeszcze jeść dwóch identycznych serników domowych.


W każdym razie, ciasteczka te znalazły bardzo dobre miejsce w naszym rodzinnym domu: towarzyszyły one niemal każdemu sobotniemu obiadowi kiedy byłam małą dziewczynką. Pamiętam dokładnie jak moja mama zwykła je przygotować i przypuszczam, że ja w taki sam sposób je robię. Chyba nawet przejęłam to charakterystyczne zmarszczenie brwi…


Na życzenie licznych miłych uczestniczek dzisiaj zdradzę sekret mojej rodziny od strony mamy. Niech pochodzące z Linzu i popularne na Węgrzech ciasteczka „linzerkarika” odnajdą swoje zasłużone miejsce na Śląsku…


Linzerkarika


Składniki:


500 gr mąki pszennej
250 gr masło (Kasia)
200 gr cukru pudru
2-3 łyżki śmietany (18%)
tarta skórka jednej cytryny
łyżeczka sody oczyszczonej


Linzerkarika jest proste. Wyżej wymienione składniki należy dokładnie wyrabiać w misce a potem włożyć ciasto do lodówki na godzinę. Następnie rozwałkujemy ciasto na desce na kilkamilimetrową grubość. 


Na Węgrzech używamy specjalnie do linzerkarika wymyślonych foremek, ale niestety, tutaj w Polsce nie są one dostępne. W każdym razie, możemy używać jakiejkolwiek foremki według uznania. Dla studentów mieszkających na stancji lub w akademiku zamiast wałka do wałkowania (masło maślane…) polecam butelkę wina a zamiast foremek zwykłe szklanki o odpowiednią średnią. (Sprawdziły się.) 




Następnie położymy je na blachę wysmarowaną masłem i posypaną mąką lub na blachę z papierem do pieczenia. Należy piec w przegrzanej piekarniku na 180 stopni. Pierwszą porcję piekę nieco dłużej (maksymalnie 10 minut) aż ciasteczka dostaną złocisty kolor. Trzeba uważać, ponieważ ciasteczka są cienkie (tylko soda powoduje, że trochę wzrosną w piekarniku). 


Polecam poczęstować się ciasteczkami z niewielką ilością dżemu (marmolady? konfitury? powideł?). Oczywiście, najbardziej autentyczny smak uzyskujemy używając powideł węgierkowych. :) Jak ktoś ma ochotę i czas, może połączyć dwa ciasteczka powidłem. Jeżeli oprócz czasu i ochoty, ktoś ma sporą samodyscyplinę, to może poczekać jeden dzień, by ciasteczka się nieco zmiękczyły. Przez ten dzień ciasteczka należy przechowywać w chłodnym, suchym miejscu niedostępnym dla dzieci (i siebie).





Smacznego!


piątek, 5 czerwca 2015

To co najdroższe

Moi Drodzy, na pewno słyszeliście już mądrość „to co najcenniejsze, nie można kupić w sklepie za pieniążki”. Podczas przygotowywania się do dzisiejszej prezentacji kolejnego warsztatu językowego zrobiło mi się jakoś nostalgicznie. Przypomniałam sobie początki mojego pobytu w Polsce i zdążyłam zobaczyć swoją drogę z perspektywy czasu.

Moja przygoda z Polską zaczęła się trzy i pół roku temu, kiedy wysiadłam z autobusu w Krakowie i poszukałam drugiego, który mnie zawiózł do Lublina. Pięć godzin później zaczęłam szukać akademiku, w którym miałam zamieszkać na kolejne dwa lata. Dwa lata minęły jak jeden dzień, nadszedł czas poszukiwania pracy. Raptem znalazłam idealną: tłumaczka w Gliwicach. Jak widzicie, poszukiwanie charakteryzowało moją drogę do tej pory.

Bardzo długo (przynajmniej tak się zdaje) szukałam swojej drogi. Kiedyś zastanowiłam się nad tym, dlaczego droga nazywa się drogą w języku polskim. W języku angielskim używa się słowa „way”, które również oznacza sposób. Ale w Waszym języku słowo to ma specjalny smak. Jego drugie znaczenie bowiem jest „cenny”, „wartościowy”. Szukamy swojej drogi, jakby ona była najcenniejszym skarbem na świecie. I właśnie tak jest: poszukiwanie swojej drogi równa się poszukiwaniem skarbu i jak go raz się znajdzie, nie opuści się go nigdy. Moja droga jest moim najdroższym skarbem na świecie.

Nadszedł kres poszukiwania, teraz odnajduję się u Was, w uczeniu się języków, w organizowaniu warsztatów oraz przy moim drogim Marlonie. ;)

Zapraszamy Was serdecznie na dzisiejszy warsztat językowy „Więcej niż słówka”. Wydarzenie odbędzie się na ulicy Barlickiego w Domu Aktywnej Młodzieży od godz. 10 do godz. 13:15 oraz od godz. 14:45 do godz. 18. Możecie się zapisać na miejscu! Zainteresowani będą mieć możliwość nabycia niedawno ukazanej książki z wywiadem z Marlonem Couto Ribeiro. Gorąco Wam polecam dzieło! Mimo tego, że znałam mniej więcej 80 procent opowiadania, książka mnie wciągała tak mocno, że w przeciągu czterech godzin ją skończyłam. Zobaczymy się tam na miejscu, gdzie (mam nadzieję) najwyżej słów będę szukała od czasu do czasu. :)

sobota, 30 maja 2015

Ambasador Węgier w Gliwicach

Godzina 5:50, Bratysława. Poranny słowacki wiatr pojękiwa za cienkimi oknami dworca autobusowego. Miasto otwiera oczy a wyobraźnia – skrzydła. Najlepsza pora na pisanie.

Z ciekawością obserwuję zbierający się tłum przed okienkiem. Tutaj nie sprzedają biletów. Nie, nie. Tutaj za zaledwie dziesięć minut podnoszą rolki piekarni. Młode dziewczęta sprawdzają smartphone’a, chłopaki szurają nogami po podłodze. Wszyscy tak naprawdę czyhają na świeże wypieki. Ja też, tylko mam dobry kamuflaż: piszę do Was ale rzeczywiście dybię na wypieki kakaowe o kształcie ślimaka. Pycha!

Mówi się żartobliwie, że Marlon jest ambasadorem honorowym Brazylii w Gliwicach, ale nie tylko tam. Miał okazję reprezentować swoją ojczyznę w przeróżnych sytuacjach, zarówno na spotkaniach turystycznych w języku polskim jak i na konferencjach Esperantystów. Z chęcią dzieli się wszystkim co wyróżnia Brazylię wśród pozostałych państw świata. Jest takich rzeczy oczywiście sporo począwszy od niezwykłej przyrody, kolorowej flory i fauny terenu Pantanal czy Amazonki, przez tak apetyczne owoce, że widząc je na YouTubie normalnie ślina cieknie, do pięknych miast tętniących życiem i radością. Przewiduje się, iż po powrocie z dwumiesięcznego pobytu nigdy nie będę tą samą osobą. Już teraz domniemam, że są dwa rodzaje człowieka: ten, który jest Brazylijczykiem i ten, który chce nim być.

Odkładając żarty na półkę na chwilkę, chciałabym się przyznać, że powoli ze mnie też się robi amabasadorka Węgier. Od początku mojego pobytu w Polsce, około 23 127 osób się pytało mnie co sądzę o stosunkach polsko-węgierskich. Wsponimając te miłe chwile postanowiłam poświęcić wpis tematowi legendarnej przyjaźni dwóch narodów.

Ostatnio pojechałam do jednego z zespołów szkół na Śląsku, ponieważ dostałam zaproszenie od kadry na przedstawienie swojego kraju oraz ogłoszenie naszych nadchodzących warsztatów. Byłam zachwycona prośbą ale jednocześnie czułam się zakłopotana, przecież historia nie jest moją dziedziną, a jednak musiałam wstanąć przed nastolatkami i o niej mówić. Nie dało się długo ukryć, że moja prezentacja nie zachwycała młodzieży. Prawdą jest, że wybrałam epizody wojenne, anegdoty z bitew, ponieważ moja publiczność składała się z szesnastoletnich chłopaków. Łudziłam się tym, że może ich rozbawię tym moimi historyjkami, ale okazało się, że moje domniemanie daleko mija się z rzeczywistością. Musiałam przyznać, że co do tematu przyjaźni polsko-węgierskiej w ich przypadku miałam do czynienia z tak zwaną „tabula rasa”. Ja miałam nałożyć pierwsze rysy. Miałam kontrowersyjne poczucia: „jestem pierwszą Węgierką, która robi na nich wrażenie!” a potem… „jestem pierwszą Węgierką, która robi na nich wrażenie…”.

Po mojej wizycie zaczęłam się zastanawiać, ile wiedziałam o Polsce i naszej legendarnej przyjaźni po maturze. Jak wspominam swoją pierwszą styczność z polską kulturą, to nie mogę się dziwić, że owi młodzi Polacy nie byli rozbawieni podczas mojej prezentacji. Wszystkie niemal informacje były zupełnie nowe, czyli nie mogli ich skojarzyć z niczym.

Patrząc wstecz na system oświatowy Węgier, uważam, że u nas temat stosunków polsko-węgierskich jest traktowany po macoszemu zarówno na szczeblu podstawowym jak i na średnim. Jaka szkoda! Zdałam sobie sprawę z tego dopiero wtedy, kiedy pierwszy raz w swoim życiu napotkałam Polaków na ulicy i później na uniwersytecie ślęczając nad książką dzieła Polski. Przyjaźń polsko-węgierska to wiele więcej niż zapożyczone słowa takie jak gulasz, leczo, dobosz, hejnał czy bogracz (który jako potrawa w ogóle nie istnieje na Węgrzech – bang!) i przekroczy wymiary powiedzenia „Polak-Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki” (które ma mało znaną kontynuację, ale o tym później). Nasza przyjaźń sięga średniowiecza.

W porządku chronologicznym mój pierwszy ulubiony epizod naszej wspólnej historii dotyczy jednego ze zjazdów Wyszehradzkich. U Was Czechy, Polska i Węgry mają nazwę zbiorową „trójkąt wyszehradzki” i to właśnie odnosi się do czternastego wieku, w którym władcy tych krajów zwykli się spotykać w zamku wyszehradzkim. Podczas ostatniego zjazdu polski król Kazimierz Wielki wyznaczył na swojego następcę w razie bezpotomnej śmierci królewicza Ludwika (syna Karola Andegaweńskiego, ówczesnego króla Węgier). Kazimierz Wielki umarł bez potomka i w zaistniałej sytuacji Ludwik odziedziczył polski tron łącząc nasze kraje w unii personalnej.

Następny epizod, który jest blisko mego serca, miał miejsce podczas wiosny ludów. Wy Polacy wiele razy wykazaliście solidarność w stosunku do Węgrów. Istnym dowodem tego jest zaangażowanie polskich wodzów w bitwach przeciwko władzy habsburskiej. Jednym z największych bohaterów tej ery, generał Józef Bem (znany jako Bem apó po węgiersku) był naczelnym wodzem powstania węgierskiego. Bardzo rzadko wymieniamy natomiast Józefa Wysockiego, który również uczestniczył w rewolucji i walczył po stronie węgierskiej jako wódz trzytysięcznego legionu polskiego. Przykro mi, że przeoczymy takie epizody i takie ważne osobistości dzieła. Węgierska młodzież może kojarzyć nazwiska Wysockiego jedynie z piosenki „Lovakkal jöttél Wysocki(j)” (tłum. przybyłeś na koniu, Wysocki) słynnego współczesnego zespołu Quimby.

Myślę, że dojrzewając coraz lepiej rozumiem co znaczy pielęgnowanie przyjaźni i utrzymanie kontaktów międzynarodowych. Z czasów wojen światowych jest wiele opowiadań, anegdot, legend, którymi trzeba się dzielić, aby utrzymać świadomość naszej przyjaźni. Na początku pierwszej wojny światowej walka toczyła się między innymi na froncie galicyjskim, czyli w okolicach Krakowa, Tarnowa, Nowego i Starego Sącza. W polskich diwizjach nieraz wyróżnił się Węgier (na przykład porucznik Sándor Pintér, korespondent wojenny Ferenc Molnár). Moim ulubionym epizodem burzliwej historii drugiej wojny światowej jest przyjaźń Henryka Sławika i Józsefa Antalla seniora. Mimo wszelkich zastrzeżeń, Węgry w tym czasie przyjęli tysiące uchodźców zarówno Żydów jak i Polaków i w tym największy udział miały dwie wyżej wymienione osoby.

Jest mi niezmiernie miło, gdy ktoś mnie pyta o przyjaźń polsko-węgierską. Wtedy powiem, że istnieje, ponieważ ją odczuwam. Po mojej wizycie w szkole postanowiłam czytać więcej o naszych stosunkach, ponieważ jesteśmy pokoleniem, które jest odpowiedzialne za utrzymanie tejże relacji oraz za przekazanie bezcennej wiedzy o naszej przyjaźni kolejnemu pokoleniu.

Mój kolejny zjazd do szkoły w celu wprowadzenia młodzieży w świat międzynarodowej przyjaźni nastąpi już we wtorek. Przede mną długa droga, ale co ma robić Ambasador? Jeździć, mówić, ogłosić, zwiastować i od czasu do czasu rozkoszować się egzotycznymi smakami potraw obcej ziemii.

Wraz ze słowackim pieczywem skończyły się moje pomysły. W międzyczasie młody Słowak poprosił mnie o przesunięcie krzesła, ponieważ potrzebował miejsce aby rozkładał swoje stanowisko na książki. Bratysława żyje. Czas ruszyć! Farewell, Slovakia! I na koniec przyjmijcie błogosławieństwa: „… oba zuchy oba żwawi, niech im Pan Bóg błogosławi!”

piątek, 22 maja 2015

Co mi daje uczenie się języków?

Mimo tego, że zbliża się lato i wszelkie zapachy przypominają już najgorętszą porę roku, mój najmilszy cały czas ubiera się na cebulkę. Właściwie to jest jedyny kontekst w którym Marlon i cebula wchodzą w pozytywną relację: Marlon ubiera się na cebulkę. Wiosna przyniosła mi wiele ciekawych odkryć, dzisiaj dzielę się z Wami jednym z nich.

Koleżanka zadała mi pytania, które usłyszałam i na które miałam udzielać odpowiedzi wiele razy. Skąd w ogóle polski? Dlaczego akurat polski? Jak to się zaczęło? Wtedy sobie przypomniałam, jaką miałam motywację do nauki Waszego pięknego języka na samym początku.

Po raz pierwszy zetknęłam się z polskim w moim rodzinnym mieście Győr, gdy usłyszałam ludzi ubranych w folkowych strojach rozmawiających ze sobą w magicznie brzmiącym języku. Polski zaś w tej chwili brzmiał jednocześnie miękko, melodycznie i twardo, aż potężnie. Bardzo egzotyczne połączenie wrażeń odniosłam owego dnia. Oczywiście zachwycił mnie ten język od razu. Ci ludzie maszerowali po naszym historycznym deptaku taszcząc kontrabasy, stroje, skrzypce. Sprawiali naprawdę niesamowite wrażenie, i mimo tego, że wtedy byłam dość nieśmiałą osobą, zainicjowałam rozmowę z jednym z nich. Pogawędkę oczywiście rozpoczęłam w języku angielskim, gdyż opanowałam już ten język na w miarę przyzwoitym poziomie.

Kiedy się dowiedziałam, że są z Polski, nieco się zdziwiłam i zawstydziłam, ponieważ mimo naszej historycznej przyjaźni mało co wiedziałam o Waszym państwie. Miałam wtedy siedemnaście lat, byłam przeciętną uczennicą klasy gimnazjalnej i tego dnia zobaczyłam drzwi na nowy świat. Mimo takiego silnego doznania, na naukę nie nadszedł moment aż do rozpoczęcia studiów wyższych. Jednak myślę, że zaczęłam ją we właściwej chwili.

Wtedy miałam na myśli wyjechać do Polski, nawiązać kontakt z tym zespołem muzycznym i może ich odwiedzić kiedyś. Miałam motywację, aby dogadywać się z nimi w ich języku. Moi znajomi i rodzina nazwali mnie marzycielką. Mieli rację.

Moim marzeniem z dzieciństwa był kierunek anglistyczny, tak więc kiedy się dostałam na wymarzoną uczelnię, byłam w siódmym niebie. Z zapałem się uczyłam angielskiego, czytałam nawet nudne dla innych książki. Robiłam listy słów i zachęcało mnie to do dalszej nauki, że coraz więcej rozumiałam z lektur.

Pod koniec pierwszego semestru nadszedł moment na wybranie drugiego kierunku. Marzyło mi się zostać nauczycielką a później językoznawcą, więc wybór drugiego kierunku filologicznego był jedyną ewidentną opcją. Zastanawiałam się nad hiszpańskim, ale (na moje szczęście) bez co najmniej podstawowej znajomości języka nie można się zapisać na kierunki uznane za popularne, takie, jakie są hiszpański czy francuski na Węgrzech. Nawet na anglistyce nam powtarzano dosyć często, że uniwersytet nie ma spełniać funkcji szkoły językowej, więc jeżeli ktoś nie posługuje się językiem wystarczająco dobrze, pod koniec roku akademickiego musi się pożegnać z kadrą.

Wracając do polskiego, pewnego lutowego dnia wpadłam na genialny pomysł odwiedzania lektoratu tego języka na naszej polonistyce. Wtedy już byłam nieco zestresowana, ponieważ na większości kierunków zamknęli już rejestrację i rozpoczęły się lekcje. Na recepcji jednak poinformowano mnie, iż nie było możliwości zacząć studia polonistyczne w połowie roku, ponieważ było zbyt mało chętnych. Ale w tym momencie już byłam pewna tego, że chcę uczyć się polskiego. Nie chciałam wybrać drugiego kierunku na siłę nawet ze względu na potencjalne przesunięcie zakończenia studiów. Uzbroiłam się w cierpliwość, ale nie marnowałam czasu…

Zanim poszłam na pierwszą lekcję na drugim roku, zaczęłam czytać książkę „Polish in 4 weeks”. Wydawało mi się, że książka ta postawiła poprzeczkę dosyć wysoko: „opanuj język polski w czterech tygodniach”. Jednak później zdałam sobie sprawę z tego, że może autor miał na myśli „wszystko z języka polskiego, co ewentualnie można opanować w przeciągu czterech tygodni”. Jest bardzo dobrą książką, materiał, który przerobiłam przez wakacje, pozwolił mnie na zrozumienie najbardziej podstawowych zasad ortograficznych. Rozpierała mnie duma, gdy po kilku lekcji PNJP (praktyczna nauka języka polskiego) mój profesor zapytał mnie czy mam polskie pochodzenie. Wiedziałam dokładnie, że to dzięki mojemu wysiłkowi, który zrobiłam podczas wakacji.

Moją motywacją były wyjazd do Polski i ponowne spotkanie z zespołem. Na drugim roku polonistyki dostałam stypendium Erasmus na pół roku do Lublina. Podczas mojego pobytu rzeczywiście się umówiliśmy na spotkanie ze starymi znajomymi. Właściwie tylko wydukałam kilka zdań i mało zrozumiałam z tego co oni mówili. Byłam nieco rozczarowana z biegiem wydarzeń i zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy straciłam motywację. Odpowiedź była niezwykle prosta: nie. Podczas tego semestru spędzonego w gronie Polaków oraz przez wszystkie miłe wspomnienia, o które się wzbogaciło moje życie, wiedza, którą dzięki nim nabyłam, zachęciły mnie do dalszej nauki i sprawiły, że zostałam miłośniczką polskiego.


Gdy ktoś mnie zapyta, czy mam motywację do nauki, powiem szczerze… nie. Mam zapał. Robię to, ponieważ lubię, napawa mnie radością, pociesza mnie i nieraz pomaga wypierać stłumione uczucia. W nauce bowiem można znaleźć uwolnienie, może ona funkcjonować jako terapia. Ale o tym wszystkim później napiszę…