niedziela, 15 listopada 2015

Pięćdziesiąt twarzy jesieni

Okazuje się, że u nas najbardziej mile widziane wydarzenia są właśnie te nieprzewidywane. Wczoraj pojechałam na szkolenie zorganizowane przez pracodawcy i ponownie poczułam zapał bycia nauczycielem zanurzając w bezbrzeżne morze gier do wykorzystania podczas zajęć językowych. Tu liczy się spotaniczność, twórczość i dynamika.

Zaraz po szkoleniu wróciłam do Gliwic, ponieważ mój mąż miał robić prezentację o kolorowej Brazylii – rzecz jasna – w języku esperanto. Dla najwspanialszego brazylijskiego poligloty esperanto jest bardzo specjalnym językiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że ten akurat język zajmuje spore miejsce w jego wielkim sercu, ponieważ gdyby nie Ludwik Łazarz Zamenhof (twórca Esperanta), Marlon nie znalazłby się w Gliwicach. Oczywiście teraz uprościłam sprawę, przecież to nie Zamenhof, kto osobiście przekonał Marlona o opuszczeniu swojej obfitej w różne owoce i wszystkie możliwe odcienie zielonego i czerwonego ojczyzny.

Marlon niemal cztery lata temu przyjechał do Polski z pewnością, że może zostać pod skrzydłami przewodniczącego gliwickiego oddziału Polskiego Związku Esperantystów, pana Stanisława Mandraka. Na początku porozumiewali się głównie w esperanto, gdyż Brazylijczyk jeszcze nie posługiwał się taką wykwintną polszczyzną, jaką dzisiaj. Sporo czasu upłyneło od tego czasu, Marlon stopniowo wydostawał się spod chroniących skrzydeł swojego przyjaciela-tatę i dzisiaj zaczaruje go swoimi sprytnymi spostrzeganiami jakie ma o języku polskim.

Esperanto jest językiem, o czyim istnieniu od dawna wiedziałam, ale nigdy nie ciągał mnie specjalnie. Nie miałam z nim styczności, mimo tego, że są liczni wybitni esperantyści pochodzenia węgierskiego. Nie byłam przekonana o jego konieczności do momentu, kiedy pierwszy raz porozmawiałam z esperantystami na tygodniowym spotkaniu. Ludzie z różnych krajów porozumiewają się w języku, którego nikt nie posiada do końca. Nie jest on przyznaczony bowiem do żadnego narodu, kraju czy społeczności religijnej. Esperanto jest. Esperanto żyje w momencie, gdy go używamy. Jednak ci ludzie dzielą się tym samym zapałem, który czują wobec tego języka. Coś pięknego!

Wczorajsza konferencja została zorganizowana po raz 19. przez pana Stasia Mandraka, wielkie brawa i dziękujemy za poświęcony czas i wszelkie wysiłki ze strony ekipy organizującej. Moje najważniejsze spostrzeżenie dotyczy uczestników i zaproszonych gości. Wszyscy oprócz nas mieli powyżej sześćdziesięciu lat! Moja pierwsza myśl była taka: „musimy uratować Esperanto”. Później śpiewaliśmy znane polskie piosenki przetłumaczone na ten język, które sprawiało mi niezwykłą frajdę. W międzyczasie zobaczyłam stos książek z tyłu sali: na jednej z nich węgierski napis krzyczy „Esperanto egyenesen és közvetlenül”, czyli Esperanto w sposób prosty i bezpośredni. Otworzyłam ją i wydawało się niezmiernie sympatyczną. Zachciało mi się ją kupić i zżerać treść od razu. Jednak nie zdecydowałam się na kupno.

Los potoczył się tego dnia jednak w taki sposób, że Stano Marček, autor wyżej wymienionego podręcznika i prezes Słowackiego Związku Esperantystów podarował nam książkę. Od razu poprosiłam go o autograf i wspólne zdjęcie. Otworzyłam ją raz jeszcze i raptem przejrzałam wprowadzenie. Ostatnie jego zdanie brzmi „Witamy Ciebie w dużej, międzynarodowej rodzinie esperantystów!” Przepadłam, przyznaję się. Przekonali mnie i od dzisiaj uważam siebie za członka nowej rodziny, choć w tejże akurat rodzinie zajmuję miejsce niemowlęcia, gdyż na dzień dzisiejszy oprócz prostego przedstawienia się nic nie potrafię powiedzieć od siebie. I to wszystko przez czerwono-biało-zieloną książkę. I tak na dobrą sprawę wszystko przez Zamenhofa.

Po konferencji i po zdobyciu przeze mnie nowej osobowości zostaliśmy zaproszeni na obiad przez znajomych z kościoła. Rodzina, do której pojechaliśmy okazała się niezwykle kolorowa: dziadkowie niedawno wrócili po ośmioletnim pobycie w Irlandii, brat z rodziną przeprowadził się z Grecji do Polski i skoro wyjątkowo dużo wiedzieli o australijskich relacjach społecznych, domyśleliśmy się, że również są zapoznani z tamtym kącikiem świata. Wróciliśmy do domu przepełnieni kolorami i pięknymi przeżyciami.


Wszyscy na swój sposób przyczynili się do tego, że nasz weekend został przyodziany w przeróżne kolory. Zostało mi tylko jedno zadanie do wykonania: przyspieszyć naukę francuskiego, aby jak najprędzej móc przejść na Esperanto. A do tego czasu staram się rosnąć osobną komorę w sercu przeznaczoną dla Esperanta.

wtorek, 3 listopada 2015

Przedziwne przegięcie

Już od dawna mnie intryguje kwestia podobnych do siebie słów w języku polskim, tym bardziej jeżeli te słowa różnią się jedynie przedrostkami. Moja słynna gafa spowodowana podobieństwem słów uspokoić – zaspokoić zaliczy się do klasycznego kanonu historii językowych w moim życiu. Ale oprócz tego mam jeszcze kilka innych przekręconych uwag dotyczących przedrostków.

Przedrostek prze- w języku polskim jest szczególnie interesujący, gdyż ma on liczne znaczenia. Możemy bowiem przeczytać książkę i wtedy skończymy lekturę, czyli przedrostek zmienia aspekt czasownikowy. Możemy przejść przez ulicę, aby znaleźć się po drugiej stronie. Z drugiej strony przegrać nie znaczy to, że wytrzymujemy i walczymy do końca gry lub meczu, lecz ono jest związane z godnym pożałowania zakończeniem owej walki.

Możemy przekroczyć granicę a nawet przepisy, wtedy też będziemy po drugiej stronie czegoś, choć przykład o granicach to kojarzy nam się z przyjemnymi wyjazdami zagranicznymi, a w drugim (bardziej skrajnym) przypadku możemy się znaleźć po mniej przyjemnej stronie kratek więziennych. À propos przepisów, one dostały właśnie taką nazwę z pewnością dlatego, że wcześniej zostały napisane, czyli przed ich zastosowaniem. Natomiast przedobrzyć wbrew pozorom nie znaczy ulepszyć, lecz odnosi się straty lub przekroczenia miary. Możemy przechowywać przez całą zimę dżemy domowe w przykrytach tkaniną w kratki słoiczkach, aby na wiosnę rozkoszyć się smakiem ich przepysznej zawartości.

Najlepsze nastąpi dopiero teraz. W starszej wersji Waszego języka konanie znaczyło śmierć, ale upływem czasu to znaczenie mocno zacierało się i przechowuje się jedynie w slowie pokonać, gdyż wojsko może pokonać nieprzyjaciół. W życiu codziennym jednak stosuje się z większą frekwencją słowo przekonać, które dla znawcy współczesnej polszczyzny mało ma wspólnego z odejściem z tego świata.

Jeszcze ciekawsze jest to, jak ten przedrostek nabierze negatywne znaczenie. Używamy go przecież w połączeniu z przymiotnikami i to z zamiarem podkreślenia danej właściwości o większym natężeniu. Jedzenie może być przepyszne a kobieta przepiękna. Przedrostek na- kojarzy mi się z czymś szczególnie negatywnym, przecież oprócz okupacji i pokonania, wojsko również może najechać kogoś. W kontekście religijnym jednak naśladowanie Jezusa jest czymś mocno żądanym, gdyż Jego prześladowanie oznacza zupełnie coś innego. Przekupstwo (pomimo jego częstego występowania w społeczeństwie) jest czymś mało mile widzianym.

Widzę tylko jedno znaczenie, które uratuje przedrostek prze- przed jego całkowitym potępieniem. Przeprosiny bowiem zazwyczaj wyprzedzają przebaczenie. A to przynosi dużą ulgę.

Słowa zajęty i przejęty wzbudzały moją uwagę raz na początku moich studiów. Po polsku możemy zająć miejsce dla siebie, ewentualnie dla kogoś innego obok nas. Istnieje słowo okupować, które zostało zapożyczone z łaciny w znaczeniu zajęcie terenu siłami militarnymi. W nawiasach mówiąc przy takich akcjach pewnie stosowano nieco przemocy.

O wrażeniu podobieństwa wyrazów zajęty i przejęty prawie zapomniałam, aż kiedy pewnego dnia zauważyłam, że te dwa pojęcia są formalnie związane również w innych językach. Portugalski ocupado to Wasz zajęty, a podobnie do tego preocupado (słowo przedłużone o przedrostek pre-) znaczy przejęty w sensie zmartwiony. To ostatnie też jest ciekawym wyrażeniem, gdyż u jego korzeniach kryje się słowo martwy. Dzięki mojemu mężowi wiem, że Japończycy mają ciekawe wyrażenie na zajęty: osoba zajęta ma martwe, podzielone na kawałki serce, ponieważ nie ma czasu na zajmowanie się nim. Czyli następnym razem zamiast komuś powiedzieć „nie przejmuj się” pocieszcie go zdaniem „zajmuj się swoim sercem”.

„Anikó, ty teraz przeginasz” – myśli Czytelnik pokiwając głową z dezaprobatą. „Przejdź na reszcie do sedna tego wpisu.” No dobra, dobra. Zauważcie, że jak się jest przejęty czymś, to znaczy, że poświęca na przemyślenie czegoś więcej niż potrzebne uwagi. Zastanawia się nad tym, zajmuje się tym, aż w końcu przejmuje się nim.

W lecie przejechaliśmy polowę Brazylii, aby spełniać wspólne marzenie z moim mężem, czyli odwiedzić Indian na ich właśnych wioskach. Nigdy wczęsniej nie widziałam takiej spokojnej społeczności. Oni nie są zbyt zajęci – zajmują się jedynie tym, co jest konieczne do życia i przeżycia na łonie natury. Może z tego powodu… nie przejmują się.


Nie przedawkujcie obaw, ponieważ wtedy zamiast być zajętym będziecie przejęci i, jak na to same nazewnictwo stanu emocjonalnego wskazuje, taki przypadek jest przegięciem. Jak przesadzacie czymś, to przesadzajcie jedynie fiołki ogrodowe, ponieważ akurat teraz jest pora na zajmowanie się nimi. Zostało mi włożenie gratulacji przeczytania całego artykułu. Bądźcie z siebie dumni, gdyż przezwyciężyliście masę tekstu. Nie przestańcie przychodzić na blog i przekazujcie link swoim znajomym!

czwartek, 22 października 2015

Bóg wie...

Drodzy Moi Czytelnicy i drodzy Uczący się języka [insert language]. Czy zauważyliście, że to samo zdanie może zabrać nowe znaczenie gdy je wypowiecie w innym języku? A może to, że to samo zdanie wypowiedziane przez obcokrajowca mówiącego w Waszym języku ojczystym brzmi zupełnie inaczej?

Mówi się, że od pierwszego momentu naszego życia na powierzchni ziemi, a bardziej konkretnie od tego momentu, gdy pierwszy raz usłyszymy głos naszej mamy (jeszcze prawdopodobnie w jej łonie), zaczynamy budować skojarzenia emocjonalne ze słowami wypowiedzianymi w języku, który ma się stać naszym językiem ojczystym. To ma wiele dalekosiężnych konsekwencji. Rzekomo wielu ludzi ma kłopot z wyrażeniem swoich uczuć w innym niż ojczysty języku. Poezja napisana w języku obcym nie dociera do serca człowieka, który rozumie ale nie „czuje” tego języka. Słowa tracą swojej „wagi”, to znaczy, przekleństwa nie brzmią aż tak strasznie dla uszy obcokrajowca jak w jego języku i podobnie do tego, słowa miłości w innym języku nie wydawają się przesłodzone autentyczną serdecznością.

Klasycznym przykładem braku emocjonalności w obcym języku jest I love you po angielsku. Wydaje się takim płaskim zdaniem a nawet półzdaniem, nie może ono być zatem tak pięknobrzmiące jak nasz Wasz KOCHAM CIĘ. Tutaj natomiast mam krótką uwagę. Wyznanie miłości przecież może być składane w jakimkolwiek języku. Czy dotrze do naszego serca zależy od osoby składającej wyznanie...

Mam znajomego Węgra, który mi kiedyś relacjonował historię zderzenia z rodowitym Polakiem w pewnej jednostce, gdzie głównie sprzedano napoje. Mój znajomy przez przypadek usiadł na miejscu w.w. osoby, która niebawem wyraził swoje rozczarowanie w niezwykle treściwy sposób przekazując swoją wiadomość w krótkim pytaniu „co Ty k... tu robisz?” Podejrzewam jednak, że on powiedział „Ty” przez „t”. W każdym razie mój znajomy, zamiast oburzyć się, zapytał grzecznie „co Pan powiedział? Ale dlaczego Pan jest tak zdenerwowany? Niepotrzebnie przecież. Proszę bardzo.” Dopiero po zderzeniu zdał sobie sprawę z tego, że mógł przecież się oburzyć, gdyż ten Pan tak na dobrą sprawę go obraził. Zdał sobie również sprawę z tego, że taka akcja nie skończyłaby się tak samo, gdyby się wydarzyła z nim na Węgrzech. Zakładał bowiem, że nawet jak obca dla niego osoba odezwie się do niego używając przekleństw po węgiersku, on to interpretuje jako obrażenie. Całkiem inaczej jest natomiast w języku obcym, gdyż przestanie czuć wagi słów oraz zacierają się granice między słowami dozwolonymi a słowami tabu.

Poezja... piękna poezja... czy można rozkoszyć się wierszami w innym niż nasz ojczysty języku? Pewnie, że tak. Wystarczy przeczytać wiersze, w których jest pełno onomatopei... Moim ulubionym przykładem jest Lokomotywa Juliana Tuwima. Oto mój ulubiony fragment:

Najpierw
powoli
jak żółw
ociężale
Ruszyła
maszyna
po szynach
ospale.
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi.

A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!

Genialne, po prostu genialne. Słyszę jak powoli ruszy pociąg. Być może dla mnie cały język polski brzmi jak dudnięcie, stuknięcie i pędzenie lokomotywy… lubię podróżować pociągiem, stąd moje uwielbienie Waszego języka? Bóg wie.

A propos Bóg wie. Z chęcią dodajemy zdanie „Isten tudja” (dosłownie Bóg wie) do naszych wypowiedzi, gdy rzeczywiście brak nam informacji na jakiś temat. Gdy natomiast to powiemy po węgiersku, to znaczy po prostu to, że my sami nie wiemy i najprawdopodobniej nie zdobędziemy dalszej informacji. Jednym słowem koniec tematu. Gdy słyszałam „Bóg wie” po polsku, nie odkryłam nic nowego. Hm, Bóg wie, tak jak na Węgrzech. No ale przynajmniej On wie. To ja się nie martwię. Ale CI Brazylijczycy! Oni go używają inaczej. Mówią „Deus que sabe” (to Bóg wie) w taki sposób, jakby chcieli powiedzieć „słuchaj, tego ja tak naprawdę nie wiem, ale idź se spytaj się Boga, bo On jest ten, który wie. Masz się nie martwić. Jak chce, to ci powie. Ja już się nie martwię, bo jestem pewien tego, że On wie. I to zupełnie wystarczy.”


Bóg wie, kochani, dlaczego jesteśmy tu na tej ziemi i dlaczego dostałam akurat węgierski a Wy—polski. Kontynuujcie jednak naukę innych języków i wierzcie w to, że granice są tworzeniem wyobrażenia ludzkiego. Można je pomazać, zacierać, przekroczyć, przesunąć i usunąć. A Wasza ciekawość tego świata sięga do takich odległości, gdzie tylko Bóg wie

piątek, 16 października 2015

Po brazylijsku – druga odsłona

W dzisiejszym wpisie spróbuję złamać kolejny stereotyp o Brazylijczykach, który widocznie rozpowszechnił się w kulturze europejskiej. Świat śródziemnomorski i południowo-amerykański wielu z nas kojarzy się ze świętym spokojem, wolnym rytmem życia. Na przykład pierwsza rzecz co wejdzie nam do głowy myśląc o Hiszpanii to siesta. A druga... może skojarzone z nią lenistwo?

Czy Brazylijczycy są leniwi? Czy są lekceważący? Dlaczego wielu ludzi sądzi, że oni myślą tylko o „fiesta” i nie lubią pracować? Zadałam pytania wzorując na opinii, którą wielu ludzi się dzieli i którą kilkakrotnie wysłuchałam przed naszym wyjazdem do Brazylii.

Szczerze mówiąc, ja miałam nieco inne wrażenie o naszych bratankach z tamtej części świata. Wyobrażałam sobie, że oni zawsze są weseli, radośni, uśmiechnięci i to może z tego powodu, że nie mają kłopotów. Przecież to jest absurdalne... uśmiech ma tyle wspólnego z życiem bez problemów co ręcznik z podręcznikiem. Ciekawe co nas czeka po drugiej stronie świata... Czy będzie kraj mlekiem i miodem płynącym? Kraj gdzie na pierwszy rzut oka można twierdzić, że ludzie żyją bez problemów? Czy oni są weselsi od nas, bo znają jakiś tajemniczy przepis na takie życie? A może to wszystko z powodu lekkomyślności, beztroskliwości?

Zadane pytania prowadzą nas w różnych kierunkach. Niebawem jednak zobaczycie, że jedno z drugim jest połączone. Pozorne lenistwo i pozorna beztroskliwość bowiem wywodzą się z tego samego źródła.
(Poniżej podaję fragment z dziennika podróży.)

29 lipca 2015r. Godzina 13:00. Conceicao do Araguaia.

Słońce aż razi. Szerokość rzeki Araguaia staje się coraz mniejsza. Różnicę się zauważa z dnia na dzień. Wchodzimy do wody. Mąż ostrzega: „idź przesuwając powoli swoje stopy aby rozpędzić płaszczki”. Za dużo informacji zawartej w jednym zdaniu. Marlon lubi przekazać nieprzyjemne informacje w sposób pośredni, żeby nie wystraszyć ludzi. Do mnie natomiast dotrze tylko jedna informacja: w Araguaia są płaszczki. Dlaczego nie wspomniał nic o płaszczkach w Europie? Dlaczego ja nic nie wiem o czyhających na ludzkie dusze płaszczkach? Dlaczego one mają się chować w piasku na dnie tej rzeki??? DLACZEGO? Na te myśli zastygłam w bezruchu na krótką chwilę. Widząc jednak jak inni chodzą rozweseleni, ogarnęłam się i poszłam za moim mężem-obrońcą.

Dzisiaj jesteśmy na plaży, ponieważ postanowiliśmy odwiedzić koleżankę, która tymczasowo mieszka na wyspie. Hm, myślę sobie, ciekawy pomysł, może koleżanka szczególnie lubi przyrodę. Chyba że tkwi coś innego za tą ucieczką od codziennego pośpiechu świata. A, znowu myślę w sposób europejski. Jaki codzienny pośpiech? Tutaj nie widziałam żadnego pośpiechu. Ludzie pracują, dzieci powoli szykują się do szkoły, ale pośpiechu nie ma.

Płyniemy tak zwaną „voadeira” aby się dostać na wyspę jak najszybciej. Nasz prowadzący mnie oświeca, że woadery (mogę tak spolszczyć słowo?) są takie duże (dla maksymalnie 10 osób), ponieważ zazwyczaj całe rodziny je wynajmują. A tutaj rodzina liczy około 7-8 osób.

Widok, który się tworzy przed moimi oczyma jest nieopisalny. Malownicze wysepki nad rzeką boczną od Amazonki i na tych wysepkach liczne, przyjazne namioty zamontowane z bambusu i wysuszonych liści palm. Mężczyźni łowią ryby w świętym spokoju, kobiety je myją. Druga łódka nas omija, mahamy i uśmiechniemy się.

Z prowadzącym umawiamy się, że za półtorej godziny wraca po nas. Błąkamy się w lesie. Szybko się okaże, że to co wyspa kryje jest dużo więcej niż drzewa i kilka namiotów. Ścieżki prowadzą nas na tak zwane obozy. Na jednym z tych obozów kilkanaście osób rozbiło swoje nowoczesne namioty, powieszało hamaki pomiędzy palmami i czeka cierpliwie na obiad czytając gazetę lub książkę albo grając w karty ze znajomymi. Jestem w raju? Zaczynamy rozmawiać z panią, która widocznie jest tutaj rozeznana, gdyż maha do nas chochlą zapraszając nas do kuchni. Podejdziemy i porozmawiamy. W końcu rozumiem pochodzenie tych namiotów z bambusu! Północni Brazylijczycy mają obyczaj wyprowadzić się ze swojego domu na kilka tygodni lub aż na dwa miesiące na wyspę, która się pojawi nad rzeką w suchej porze roku. Przy pomocy ekspertów i przyjaciół budują tymczasowe namioty, gdzie umieszczają kuchenkę, piec, garnki, sztućce, inne gadżety kuchenne i żyją na łonie natury. Mają wszystko co podstawowe: miejsce do jedzenia, kącik do spania, kabin do kąpieli.

Co oni robią? Wracają do korzeni. Do natury. Tam, skąd pochodzimy. Robią to połącząc siły z rodziną i przyjaciółmi. Takich obozów bowiem jest kilkanaście na wyspie i na każdym z nich znajduje się około dwudziestu osób.

Czy oni pracują? Tak. Codziennie wsiadają w swoją woaderę i dopłyną do miasta, aby potem pójść pieszo do pracy. Bez pośpiechu.

Czy oni są leniwi? Drogi Czytelniku... oni budują dom leśny na wyspie, o której wiedzą, że ją zaledwie dwa miesiące później zaleje rzeka Araguaia i wszystko co nie zostanie zabrane przez nich, będzie zabrane przez fale... Czy byłbyś gotów odbudować domek rok za rokiem?

Dlaczego to robią? Na jednym obozie znajduje się około dwudziestu osób. Oni się wyprowadzą wraz ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Spędzają czas razem, mężczyźni łowią ryby, kobiety je myją i gotują, wszystko w zgodzie z naturą. Przy tym, oni pracują codziennie. Ale codziennie wracają na wyspę, aby spędzać wieczór w miłym towarzystwie i dbać o swoje relacje.

Czy oni mają problemy? Pewnie że tak... mówili o problemach finansowych, rodzinnych i zdrowotnych. Problemy są identyczne. Podejście natomiast jest inne.


Brazylijczycy potrafią kochać życie. Tak, widzieliśmy ich wiele razy na plaży, na obozach leśnych i różnych imprezach. Ale to nie znaczy, że to jest jedyna rzecz, którą się interesują. Znaczy to, że po pracy lub w weekend zamiast zostać w domu, wychodzą z innymi. W związku z tym, mają o wiele lepiej rozbudowane życie społeczne niż my, Europejczycy. I co za tym idzie... są bardziej zadowoleni ze swojego losu.

piątek, 9 października 2015

Jesteśmy "multimedialni"

W dzisiejszym wpisie zamierzałam dalej pisać o naszych niesamowitych doświadczeniach z Brazylii. Ale los potoczył się inaczej niż spodziewane. Zapewniał on odrębny temat do opisania, w mianowicie referat o ciekawym artykule w dzisiejszym Dzienniku Zachodnim.

W walizkach obok mnóstwo prezentów od mojej teściowej i szwagierki schowaliśmy kilka worków miłych wspomnień, uroczystych chwil spędzonych z przyjaciółmi, żartów, buziaków, uścisków od ludzi, których Marlon od kilku dobrych lat nie widział. Ale te worki sprawiały, że walizki były lżejsze. Jedynie woreczek smutku pożegnania obciążył nasze barki.

Po powrocie z kraju egzotycznych owoców i jeszcze bardziej egzotycznych twarzy, znaleźliśmy się w tak zwanej szarej codzienności. Okazuje się jednak, że szary ma szereg odcieni (i tutaj nie odnoszę się do książki, który twierdzi, że kolor szary ma aż pięćdziesiąt twarzy). W związku z tym wiele zaskoczeń kryje także w naszym życiu codziennym. Podaję tutaj przykład. We wtorek wróciłam do domu po pracy i mój świeżo wypieczony mąż zaskoczył mnie wiadomością.

Zadzwonił do Marlona pewien dziennikarz z Dziennika Zachodniego, który chciał zrobić z nim wywiad. Pozornie dziennikarze działają bardzo skutecznie, gdyż reporter zadał mu kilka pytań już telefonicznie i stwierdził, że z tej rozmowy napisze cały artykuł. Do tego artykułu jednak należy dołączyć kilka zdjęć. Co zrobimy? Umówimy się z fotografem na środę! Tak się urodziły nasze gwiazdy dzięki Dziennikowi Zachodniemu i już dzisiaj możecie zobaczyć te gwiazdy w magazynie dołączonym do Dziennika.

Po angielsku istnieje wyrażenie idiomatyczne „flash in the pan”, które dosłownie znaczy „błysk na patelni”. Chyba da się rozumieć, że wyrażenie znaczy coś, co ma chwilowe istnienie, potem wszyscy szybko o niej zapomną. Błyskawicznie. W rzeczywistości wyrażenie odnosi się do osób, stylów, piosenek, filmów, które odniosą tymczasowy sukces, ale nie potrafią utrzymać swojego uprzywilejowanego miejsca na dłuższą metę. Czy w Dzienniku Zachodnim jest błysk na patelni?

Dzięki mężowi wiem, że portugalski używa perełki językowej, gdyż jego mówcy nazwą „pano pra costura” (czyli „szmata do szycia”) tematy, które ciągną przez długi okres i cały czas daje coś nowego do dyskusji. Jednym słowem, temat rzeka. Coraz więcej osób zwraca się do nas z zapytaniem o ewentualnym wywiadzie i my z radością udzielamy je. Mamy na myśli ogłaszać nasze warsztaty, dotrzeć do jak największej publiczności i zdradzać kilka małych tajemnic o nauce języków obcych. Aczkolwiek temat zawsze się zacznie od tego samego pytania: „jak to się zdarzyło, że akurat tu w Gliwicach Brazylijczyk i Węgierka poznali się?” Z chęcią opowiadamy o naszej osobistej historii też, przecież zdamy sobie sprawę z tego, że nasze małżeństwo jest dosyć niezwykłe. Czy jednak ten temat daje coraz więcej „szmaty do szycia”?


Dobrze, dobrze, to jedna z wielu gazet. Pojawimy się raz a co potem? Jesteśmy tak zwanymi „monomedialnymi”, skoro tylko raz się zjawimy w mediach. Ale potem przypomnimy sobie, że Telewizja Śląska też cieszyła się już naszą gościnnością! Oprócz tego… wiecie co… przeczytajcie proszę Życie na Gorąco za trzy tygodnie. :) Być może coś zabłyśnie na tej samej patelni… Oficjalnie, w pełni staliśmy się multimedialni.

piątek, 2 października 2015

Po brazylijsku

Południowo-amerykańskie wyluzowanie jest mocno uzależniające: jak raz go skosztujesz, nigdy nie będziesz chciał wypaść z tego rytmu. Ale czy nasze wyprzedzenia względem brazylijskiego sposobu życia są prawdą? W kolejnych wpisach zadam kilka pytań sugerujących stereotypy o tym bajecznym kraju i o ile to możliwe, obalam mity na podstawie własnych dotychczasowych doświadczeń.

Czy Brazylijczycy zawsze się spóźniają?

Nie.

Po pierwsze, mają swoisty sposób umówienia się na spotkanie. Mówi się mniej więcej „widzimy się o szóstej-siódmej wieczorem”. Na tak wyznaczone spotkanie nie warto przybyć prędzej niż szósta trzydzieści. To jest część ich kultury, mocno zakodowana w podświadomości zbiorowej. Jednak takie obyczaje mają dalekosiężne konsekwencje. Konferencje, szkolenia, wszelkie warsztaty weekendowe się organizuje bez określenie zbliżonego programu czy rozkładu wydarzeń. Kiedy się sprawdzi oficjalną stronę konferencji, nie znajduje się tam żadnej listy zaplanowanych do omówienia tematów.

Brak rozkładu także dotyczy autobusów miejskich, które zwykłą jeździć jedynie w większych miastach i stolicach pojedynczych stanów. Dokładny rozkład jazdy jest świętą tajemnicą kierowców oraz bezcenną wiedzą pasażerów, którzy regularnie jeżdżą na danej linii. To ci pasażerowie, którzy są studnią informacji i przychodzą pomocą w krytycznym momencie. (Pod warunkiem, że rozumiesz portugalski.)

Czyli dlaczego Brazylijczycy się nie spóźniają? Nie ma przecież dokładnej godziny spotkania, ani określonego rozkładu. Autobusy nie mają opóźnień. Opóźnienie jest bowiem czymś relatywnym i brak rozkładu to brak punktu odniesienia. Opóźnienie istnieje tylko z naszej perspektywy.

Moja ulubiona anegdota o opóźnieniach jest związana z organizacją naszego ślubu. W Brazylii ślub się realizuje przy pomocy całej ekipy organizatorów, którzy są odpowiedzialni za aranżację lokalu, za muzykę, za dekorację, za przebieg wydarzeń, za przyjęcie gości przed ceremonią itp. Oni świetnie zarządzają czasem i generalnie w dniu ślubu (to taka moja obserwacja) wyznaczają osobę, która od czasu do czasu ma podchodzić do panny młodej i ją uspokajać uśmiechając, że wszystko przebiega według planu.


W dniu ślubu jeden z organizatorów podszedł do nas i szeptem nam powiedział: „Błagam Was, nie zaczynajcie punktualnie. Macie się spóźnić przynajmniej pół godziny, bo tak jest elegancko.” Uważam, że w pełni ustosunkowaliśmy do jego prośby, gdyż nasz ślub zaczął się dwugodzinnym opóźnieniem... i miał rację: ceremonia była niezwykle elegancka.

środa, 23 września 2015

Perspektywy z Bratysławy

Tekst redagowany dnia 1 lipca 2015.

Moi Drodzy! Oto kolejny wpis redagowany na niezmiennym, wiecznie pachnącym świeżymi wypiekami dworca stolicy Słowacji. Bułki przynoszono, rolki przesunięto, wielu klientów już przybyło.

Mam bzika na punkcie czegokolwiek co jest świeżo wypieczone i zawiera drożdże lub zakwas. No dobrze, dobrze, wiem, że nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdy ma swoje słabe punkty. Oprócz tego, pozbyć się silnych nałogów to w cale nie bułka z masłem. Po licznych próbach redukowania ilości spożytych przeze mnie wszelkich źródeł węglowodan, chleb nadal jest przedmiotem mojej największej fascynacji kulinarnej. Czekam więc na przesunięcie rolek, jak ci spragnieni treści kulturalnej czekają na przesunięcie kurtyny w teatrze. Sztuka się zaczęła, innym słowem lud się rzucił na bułki.

Senny poranek i nadchodzące wydarzenia kierują moimi myślami ku światu bajek. Bruno Bettleheim w swojej sławnej książce Cudowne i pożyteczne szczegółowo opisuje pewną bajkę o dziewczynie wyrzuconej z domu wraz z jej bratem. Wiele bajek zacznie się od motywu wyrzucenia z domu. To nic innego niż moment rozpoczęcia dorosłego życia, gdyż człowiek musi stawiać czoło trudnościom po opuszczeniu bezpiecznego gniazda rodziców i poszukać nowy sposób aby zarobił na kawałek chleba. Według opowiadania, dziewczyna polazła do głębi lasu i mimo jej licznych ostrzeżeń, jej brat wypił łyk wody leśnej rzeki. W związku z tym on stał się sarenką i w tej postaci śledził dalej swoją siostrę. Żyli o chlebie i wodzie ale byli szczęśliwi. Brat jednak był bardzo swobodną duszą i wiele razy zostawił swoją siostrę w domku leśnym, w którym ostatecznie się osiedlili. Zabłąkiwał w celu odkrywania tajemniczego lasu. Pewnego razu jak wracał do swojej siostry, towarzyszyło mu książe z sąsiedniego królestwa. Młody (rzecz jasna) zakochał się w (rzecz jasna) pięknej dziewczynce z (rzecz jasna) pierwszego wejrzenia i mocno nalegał aby ona natychmiast sie przeniosła do jego pałacu i wyszła za niego.

Kto dałby arbuza/kosza/czerninę/czarninę tak zdecydowanemu mężczyźnie… Krótko mówiąc książe tak skutecznie przypochlebiło się jej, że dziewczyna się zgodziła na zaślubiny pod warunkiem, iż sarenka zamieszkuje z nimi w pałacu. Zdajmy sobie sprawę z tego jednak, że bycie księciem to ciężki chleb i mężczyzna o takiej odpowiedzialności potrzebuje wsparcia silnej kobiety. Bohaterka sprawdziła się w swojej nowej roli, dzięki czemu królestwo zaczęło prosperować i para królewska żyła spokojnie i szczęsliwie aż do śmierci. Mówi się, że każdy zjadacz chleba owego królestwa dzielił się tą radością.


Od czasu pożegnania się z moim poprzednim chlebodawcą, w stu procentach przeszłam na nowy tor profesjonalny, w mianowicie stałam się nauczycielką. Uczę języków siebie i innych. Dzięki temu, przede mną są dwa miesiące przerwy pracy lektorskiej, co jednocześnie oznacza, że nadszedł czas na błyskawiczne samokształcenie się. Zamiast ugotowania czerniny/czarniny, moi rodzice powitali narzeczonego chlebem i solą, w związku z czym, w lipcu pobierzemy się aż dwa razy – raz na Węgrzech i raz w Brazylii. Potem (może powstać z tego nowe powiedzenie) będziemy dzielić się chlebem i dachem.