czwartek, 23 października 2014

Witam ponownie - o formach powitania

Tak dawno nie pisałam żadnego wpisu do mego bloga, że aż wstyd. Wiele się wydarzyło w moim skromnym życiu od udzielenia ostatniego tekstu, między innymi skończyłam pierwszy rok na psychologii i znalazłam miłość mojego życia. Ale o tym wszystkim później napiszę. :)

Ostatnio zastanawiałam się nad różnymi zwrotami powitania i pożegnania w języku polskim. Zachwyca mnie to, ile macie możliwości jeżeli chodzi o powitanie, którego formy różnią się pod względem formalności i rejestru, którego używacie. Ponownie przekonałam się, że polski jest niezmiernie bogatym językiem.

"Szanowny Panie", "Szanowna Pani", "Szanowni Państwo" jest o wiele piękniejszy niż angielski "Dear Sir/Madam" itp. Natomiast "Witam", "Witaj", "Witajcie", "Witam(y) serdecznie" są już bardziej kontrowersyjne. Nie lubię "Witam", ponieważ z jednej strony zwraca uwagę na mówcę a nie na powitaną osobę, a z drugiej strony widziałam w wielu takich kontekstach, w których tak naprawdę osoba witająca nie była raczej zdecydowana, czy powinna używać formy grzecznościowej czy nieformalnej. Więc świadomie lub nieświadomie wykorzystuje formy "bezpiecznej gry" (play safe). Trochę dziwna forma, co Wy o tym myślicie?

"Cześć" podoba mi się najbardziej, może dlatego, że to słowo było pierwsze, którego się nauczyłam i natomiast mnie poinformowano, że jest ono etymologicznie pośrednio powiązane z węgierskim słowem "tisztelet", które znaczy szacunek, czyli cześć. Mówiąc "Cześć" gdy powitamy kogoś, jednocześnie wyrażamy szacunek w stosunku do tejże osoby. Pięknie!

Oprócz tych wymienionych powyżej, jest szereg innych form, które mnie bawią za każdym razem, jak ich usłyszę: "siema", "siemano", "siemanko", "hej", a nawet "siemahej", "doberek" (zamiast "dzień dobry"), "piątka" itd.

Powitanie, które mnie najbardziej zdziwiło to było "Czołem" - słyszałam go tylko od starszych panów, chociaż bywają młodsi mężczyźni, którzy tak wolą powitać kobiety. Oni zazwyczaj także pocałują rękę - a moje serce aż stopnieje. :) Według mojego pierwszego profesora języka polskiego na uniwersytecie w Budapeszcie, opowiadał o etymologii tego słowa. Głęboki ukłon z dodatkiem dotknięcia czołem ziemi lub podłogi był najgrzeczniejszą formą powitania, które wyraziło bezwzględne podporządkowanie się powitanej w taki sposób osobie. Mój profesor opowiadał także, że początkowo sługi powitały szlacheckich takim ukłonem. Upływem czasu jednak cały rytuał skrócił się do słowa "czołem" i później (w sprzeczności z jej oryginalną funkcją) zaczęły go używać osoby równe ze względu na ich status społeczny.

W języku polskim powitania sugerujące "Bożą interwencję" są charakterystyczne dla duchownych, pastorów, księży itp., takie jak "Wszelki duch Pana Boga chwali!", "Szczęść Boże" lub "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Ale żeby Wy, Polacy też zobaczyli coś nowego z naszego kolorowego świata, podzielę z Wami ciekawostką z języka mojego serca, czyli węgierskiego. Mamy powitanie "Isten hozott", który dosłownie znaczy "Bóg Cię/Was zaprowadził tutaj". Ma ono funkcję podobną do polskiego "Witamy", czyli znajduje się na przykład pod tablicą miejscowości. Czy to nie jest piękne? Z kolei w języku irlandzkim funkcję powitania spełnia zwrot "Dia dhuit" na które za każdym razem odpowiemy "Dia is Muire dhuit". Pierwsze znaczy "Niech Ci Pan Bóg błogosławi" a drugie "Niech Ci Pan Bóg i Maryja błogosławią". Czy to nie jest przepiękne? :)

Pożegnania... nie raz padłam ze śmiechu, po prostu macie niesamowitą kreatywność językową... Ponieważ oprócz "do widzenia", "do zobaczenia" "do zobaczyska" lub po prostu "do zo" mówicie "na razie" i wszystkie jego odmiany: "nara", "narka", "nara pa" i które wygrało nagrodę: "narahejpa". Też fajne są takie zwroty jak, "To ja spadam", "Trzymaj się". A znowu mała kontrowersja: "z Bogiem". Ze względu na przesłanie, jest to piękne pożegnanie, natomiast nie jeden raz słyszałam już z taką odrzucającą intonacją, która sugerowała, że chyba ta osoba już nie chce zobaczyć drugiego nigdy więcej w życiu. Byłam zakłopotana, ponieważ dla mnie to jest nieco kontrowersyjne. Czy mieliście podobne wrażenia? Czy może źle interpretowałam?

Mogłabym jeszcze wiele innych rzeczy pisać o zwyczajach powitania i żegnania w różnych językach, także kulturach, jak się wita lub żegna niewerbalnie. Ale nie chcę Was nudzić, więc "to ja spadam" a "Wy trzymajcie się cieplutko". :)








czwartek, 24 kwietnia 2014

Siemaneczko!

Moje ulubione słowo w języku polskim to ‘się’. Wszechstronny, wielofunkcyjny, kolorowy i bardzo istotny cząsteczek języka, a więc jeżeli go omijamy, mamy przyjąć na klatę wszelkie konsekwencje swojego błędu. Jeżeli uczysz się języka polskiego, a w Twoim języku ojczystym nie ma zaimka zwrotnego podobnego do polskiego ‘się’, jest to dla Ciebie mit. Dla mnie to jest po prostu nie do ogarnięcia. Tak, mogę porównywać jego funkcję do funkcji czasowników ‘ikowych’ w języku węgierskim (gdzie końcówka –ik oznacza, że czynność jest skierowana na podmiot, nota bene Węgrzy notorycznie robią błędy odmieniając te czasowniki), inną funkcję do strony biernej w języku angielskim, ale NIGDY nie będę w stanie używać go na wyczucie. Nawet jak jestem pełni świadoma tejże funkcji, popełniam błędy typu „wolę teraz nic nie mówić i ugryźć w język”. Ugryźć SIĘ…

No bo człowiek nauczy się, że jest zasadnicza różnica pomiędzy uczyć a uczyć się, myć a myć się, załatwić a załatwić się, ale obcokrajowiec często popełnia błędy, po których native speaker wybuchnie śmiechem. Chyba już pisałam o tym, jak ostatnio piłam kolę w pracy i w związku z tym, że stosunkowo rzadko konsumuję napoje gazowane, zrobiło mi się źle. Chciałam powiedzieć koleżance, że odbiło mi się, a powiedziałam „odbiło mi”. E, tam. Przecież wszyscy wiedzą, że jestem nieco stuknięta.

Jadąc do Gniezna rozmawiałam z moja przyjaciółką Asią (cześć, Asiu, pozdrawiam Cię z bloga!) i chciałam jej powiedzieć, że bardzo wolno jedziemy. „Nie wiem, o której będę w Poznaniu, bo mamy 10 minut opóźnienia. I tak będę miała 20 minut na przesiadkę, ale w tej chwili jedziemy prędkością mrówki.” Chwila ciszy. „Co???” „No ten. Prędkością ślimaka. Nie, ŻÓŁWIA! Wiesz, jakieś zwierzę.”

To samo z przyimkami… na czym czy na co, o czym czy o co… Bóg wie, kiedy który, wybierz se, jeden z nich jest poprawny na pewno… J

Mam nadzieję, że to nie świadczy o zlekceważeniu moich błędów. Wręcz przeciwnie, pragnę polepszyć swój polski, czasami po prostu jest męcząca ta świadomość, że szklana ściana jest tak strasznie oporna. 

Jestem miłośnikiem dobrych i tanich słowników, zwłaszcza tych, które się kupuje na dworcu albo w sklepie z prostym przesłaniem „tanie książki”. To przyjaciel studenta. Niedawno w takiej kopalni złota znalazłam słownik wyrazów bliskoznacznych i byłam niezmiernie dumna ze swojego dobytku. Elokwentna studentka psychologii (no tak, jestem studentką psychologii od października, właśnie dlatego miałam względnie mało czasu na pisanie) ucieszyła się, że w końcu dowie się jaka jest różnica między rozgoryczeniem a zgorzkniałością. Drugi dzień poszłam do pracy, pochwaliłam się swoją książką, na co mój kolega zadał pytanie: „Hm. A już wiesz jaka jest różnica między łajnem a gnojem?” Dziękuję za wsparcie językowe, chłopaki! J

Ku czemu dążę z tymi moimi pokręconymi przemyśleniami? Ku temu, że błędy służą do czegoś. Zaprzyjaźnij się z faktem, że popełniasz błędy, a więc jeżeli je popełniasz, naucz się wyciągać z nich coś pożytecznego. 

środa, 12 lutego 2014

Ach, te czasowniki...

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek jakie Wasz język stanowi pułapki dla uczniów? Wymieniam parę z nich, żebyście rozumieli o co mi chodzi. Nie dawno pisałam o skamielinach, czyli o zakorzenionych, uparcie powtarzających się błędach, natomiast w dzisiejszym wpisie będziecie czytali o tak zwanych jednorazowych błędach.

Niedawno piłam napój gazowany w biurze i dostałam czkawkę. Koleżanka zapytała, co się dzieje i miałam powiedzieć że odbiło mi się. Ale zamiast tego co powiedziałam? „Odbiło mi.”
"Możecie naprawić moje błędy..." odparłam raz w towarzystwie, na co kolega powiedział, że "naprawiać Ciebie nie będę, bo rowerem nie jesteś". Spoko! :)

Uff, chyba najgorszą sytuacją z tych wszystkich była ta, w której nauczyłam się na całe życie jaka jest różnica pomiędzy uspokoić a zaspokoić. Kolega był wkurzony i chciałam mu pomóc… miałam powiedzieć, „muszę Cie jakoś uspokoić”, ale stosowałam to drugie słowo… No ale, zaleta takich błędów jest taka, że jeżeli są trafne, to od razu rozwiązują sytuację bez dalszego starania się. Kolega natychmiast zapomniał dlaczego był wkurzony.
„Polski trudna język”, ale są błędy, które wystarczy raz popełnić. Same słowo „ruch” jest bogatym źródłem niebezpieczeństwa dla obcokrajowca. No bo przecież nie jest to logiczne, że czasownik od „ruch” to ruchać? Dla mnie to było jak najbarzidej logiczne. Ale tylko raz, przysięgam, tylko raz. J

W nauce języków obcych piękno tkwi zazwyczaj tam, gdzie trudność. W momencie gdy zrozumiesz różnicę pomiędzy słowami popieścić a popieprzyć, otwierają się drzwi na zupełnie nowy świat u Twoich stóp. Wyobraźcie sobie piękne czwartkowe letnie popołudnie na komunii, gdzie wolontariusze szykują się na przyjęcie ponad 50 dzieci. Wiatr lekko wieje, grupa 20 podekscytowanych młodych ludzi siedzi pod drzewem i dyskutuje. Ekipa organizuje jazdę konną dla dzieci i okazuje się, że prowadzący programu umieją tylko po węgiersku, więc będziemy musieli tłumaczyć na polski. Zaczynamy symulować sytuację, w której „dziecko” z Polski (jeden z wolontariuszy) boi się konia. Wolontariusz z Węgier proponuje podejść do konia i pogłaskać go. Na co tłumacz węgiersko-polski mówi: „proponuję podejść do konia i popieścić go”. Grupa rozpadła na dwie minuty, nie potrafiła się pozbierać, śmialiśmy się… To znaczy, tak, ja też śmiałam się, bo nauczyłam się śmiać ze swoich błędów…

środa, 11 grudnia 2013

Życie za granicą – pomieszany zestaw obiadowy (1)

W dzisiejszej notce odkładamy zagadnienie przyswajania języka docelowego i skupiamy się na aspekcie emocjonalnym życia za granicą. Temat ten zawsze mnie ciekawiło, ale ostatecznie do pisania zachęcała mnie niesamowita 3-godzinna rozmowa z moją przyjaciółką, Asią. (Asia, dziękuję za motywację i bezcenne uwagi! :)) W tym tygodniu omawiam tylko pierwsze dwa etapy życia ekspatrianta: euforia i oporność. Za tydzień ukaże się druga część.

Euforia. Każde z nas (nawet ci, którzy nie mieszkali nigdy poza swoim krajem dłużej niż dwa tygodnie) zna tę fazę. Inaczej nazywamy to zjawisko „efektem turysty”. To jest faza samych pozytywnych wrażeń, fali nowych informacji i otwartego umysłu obcokrajowca. Jesteś zachwycony po prostu wszystkimi zjawiskami znanymi i nieznanymi. Wydaje Ci się, że w Twoim nowym kraju wszystko idzie lepiej niż w domu. Czujesz się lekko. Przez jakiś czas faktycznie zachowujesz się jak turysta odkrywając z wielką chęcią każdy kąt Twojej nowej siedziby.

W fazie euforii nie ma żadnej recepty na przeżycie, ponieważ życie smakuje dobrze. Chmury są z bitej śmietany, promienia słońca to lukier, ludzie to malinki, truskaweczki i rodzynki. Rozumiesz: masz słodkie życie i to jest właśnie smak pierwszej fazy. Wyśmienity deser.

Oporność. Jak każda wycieczka turystyczna, etap euforii w życiu ekspatrianta musi się skończyć. I to się stanie zaskakująco szybko! Mijają dwa tygodnie i znajdziesz się na progu nowej fazy.

Wyobraź sobie, że zamówisz swoje ulubione drugie danie w restauracji, ale ktoś w kuchni go zepsuł i zamiast Twojej ulubionej przepysznej potrawy dostaniesz coś o smaku skarpetek. W moim przypadku to danie może być camembert panierowany z dżemem jagodowym i sosem. (Wiecie, to jest to tradycyjne szwedzkie danie – prosto z IKEA.) Mój camembert jest przeterminowany, kucharz nie umie przygotować zwykłego panieru, dżem nie ma smaku, o sosie szkoda gadać. Co mam zrobić? Wzywam szefa kuchni i proponuje mu skonsultować z Panią Magdą Gessler. Bo coś nie halo…

A co masz zrobić w życiu, gdy dojdziesz do wniosku, że nie tak sobie wyobrażałeś/aś życia za granicą? Przyjechałeś/aś w poszukiwaniu swojego szczęścia ale jesteś nieszczęśliwy/a. „Czy robię coś źle? Jeżeli tak, to co robię źle? I tak w ogóle... dlaczego przyjechałem/am?"

W tej fazie ciężko się uczy, ciężko się pracuje. Oprócz tego, ta faza charakteryzuje się upadkiem emocjonalnym. Nasz mózg jest po prostu odporny na nowe informacje. Drogi ekspatriancie: witaj w codziennej rzeczywistości – która wbrew pozorom istnieje nawet w tym kraju, który kiedyś był krainą mlekiem i miodem płynącą. Tak było przynajmniej w Twoich marzeniach. Nie ma mleka. Nie ma miodu. Jesteś Ty. Przed Tobą pozornie niepokonalne przeszkody.

Pojawiające się przeszkody wywołują frustrację, nawet mogą doprowadzić do przygnębienia, desperacji, depresji. Pojawia się również szok kulturowy, czyli krótko mówiąc, wszystko co wcześniej było wspaniałe i zaskakujące staje się teraz okrutnym, brzydkim i przerażającym. Dlaczego jest tak? Ponieważ zjawiska do których przyzwyczaiłeś/aś się w swoim kraju zawsze wydawały się najbardziej naturalnym, ale tutaj, w nowym kraju musisz je przebadać i zadać sobie pytanie, czy Twój sposób lub Twoje zwyczaje są właściwe.

Podaję Wam swój przykład. Gdy przeprowadziłam się na Śląsk, wszystko mi się spodobało, bo było „takie inne”. W życiu nie widziałam tylu kopalni, tak uprzemysłowionego terenu, który jednak ma tak bogatą historię. Zachwyciło mnie ta podwójność. Po dwóch tygodniach pobytu na Śląsku natomiast zaczęłam inaczej spostrzegać swoje otoczenie. Są kopalnie, spoko, ale jest i węgiel i wszystkie budynki są czarne, szare od tego węgla. Znajomi Ślązacy (lub mieszkające na Śląsku) mówili, że złapałam tak zwany smutek węgla. Wieczorami wychodziłam biegać ale w pewnym momencie nie mogłam oddychać. „To wszystko przez ten węgiel i głupie fabryki… powietrze jest strasznie zanieczyszczone. Uduszę się.”

W tej fazie wielu ekspatriantów postanowi wrócić do swojego kraju. Ja też chciałam wrócić, nawet zwolniłam się z pracy – ale w końcu to zwolnienie nie realizowało się w dużej mierze dzięki mojej szefowej. W każdym razie, taka ucieczka jest kusząca i wydaje nam się prostym rozwiązaniem, ale prawda jest taka, że powróciwszy do domu sytuacja się pogorszy. Po takiej ucieczce człowiek wpadnie z deszczu pod rynnę, bo skoro nie poradził sobie w nowej sytuacji, lecz uciekał, jest sfrustrowany. Ostatecznie nie znajduję swojego spokoju nawet w domu.

Co mogę poradzić? Najważniejsze jest uświadomienie sobie, że jesteś normalnym człowiekiem, mimo tego, że pod wieloma względami różnisz się od osób w Twoim otoczeniu. Istotne jest również uświadomienie tego, że wszystko co wewnętrznie przeżywasz i sposób jak przeżywasz swoje problemy jest NORMALNE. Chcesz się popłakać? To zrób. Chcesz krzyczeć? To zrób. Chcesz się położyć na podłogę i pomierzyć jak długo wytrzymasz bez oddechu? To zrób. Na szczęście Twój organizm jest na tyle automatyzowany i inteligentny, że zaczniesz oddychać od nowa zanim zrobisz sobie krzywdę. Bardziej poważnie mówiąc, na tym etapie dużo pomaga kontakt (najlepiej osobisty) z innymi ekspatriantami, które przeżyją albo kiedyś przeżyli podobne sytuacje. Rozmowa o problemach jest pierwszym krokiem do ich rozwiązania

Co do upadku emocjonalnego, w fazie oporności czułam się niezrozumiała. W tym etapie czasami miałam przeczucie, że jeżeli usłyszę jeszcze jednego polskiego słowa, to zwariuję. Chcę węgierski. Chcę, żeby inni mnie zrozumieli. Uwielbiam długie, głębokie rozmowy na temat religii, filozofii, sztuki i innych dziedzin, ale jeżeli brakuje mi słownictwa do omówienia tych tematów, to nie mogę uczestniczyć w rozmowach towarzyskich. Dla mnie to było największy szok i najcięższe wyzwanie. Przeżyć to, że nie mogę wyrażać siebie. Osobiście znalazłam ulgę w pisaniu i teraz potrafię pisać do nieskończoności. Może już wiecie, że same prowadzenie bloga jest terapią dla mnie. W swój sposób, rekompensacja za ten okrutny etap.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Czego nas uczy Tarzan o językoznawstwie?

Niedawno miałam przyjemną rozmowę z koleżanką o nauce języków obcych. Koleżanka jest z Polski ale mieszka za granicą, w związku z czym posługuje się jedynie angielskim. Rozmawiałyśmy o kompetencji i wykonaniu, ona dała mi pomysł na rozważanie problemu rozbieżności między nimi. (Dzięki, Monika! :) ) Później na uczelni poznałam drugą koleżankę, która zwróciła moją uwagę na ważny fakt, który na pewno pociesza uczniów języka obcego. Ten fakt jest również związany z pojęciami kompetencja i wykonanie. (Dzięki, Mooniak! :) )

Zaraz wyjaśnię czym dokładnie są wykonanie i kompetencja, ale najpierw pozwólcie mi robić małą dygresję. Jeden z moich kolegów często śmieje się z mojego entuzjazmu. Gdy rozmawiamy o językoznawstwie a szczególnie o prof. Noamie Chomsky’m, moje serce bije szybciej, ręce się pocą i zaczynam mówić w wyższym tonie. Ogólnie dostanę „biegunkę ust”. Kiedyś znajomy zaprosił mnie na piwko i zaczęliśmy rozmawiać o składnii (kawałek mojego serca jest syntaktą) i okazało się, że nie zna gramatyki generatywnej opracowanej przez Pana Chomsky’ego. Na co zaczęłam tłumaczyć… i tłumaczyłam… i tłumaczyłam. Machałam ręką w prawo i lewo, aż po kilku minutach wylałam końcówkę swojego piwa na stół i zaczęłam rysować drzewa syntaktyczne w rozprzestrzeniające się na stole drogie piwo… Niech se leje, ja rysuję. Lubię gramatykę. :)

W ramach gramatyki generatywnej Noam Chomsky wprowadził dwa nowe pojęcia w dziedzinę językoznawstwa: kompetencja (competence) oraz wykonanie (performance). Kompetencja oznacza wiedzę, którą native speaker dysponuje o gramatyce swojego języka ojczystego. Kompetencja jest w pewnym sensie nieświadomą wiedzą o ile native speaker nie jest w stanie wyjaśnić dlaczego stosuje się dana zasada w jego języku. Potocznie mówiąc, native speaker „instynktownie” poczuje jeżeli jakieś wyrażenie jest niepoprawne. Tym instynktownym poczuciem kieruje kompetencja. Właśnie ta pierwotna wiedza, która kształtuje się w naszym umyśle podczas przyswajania języka ojczystego, pozwala nam decydować jaką strukturę gramatyczną trzeba stosować i jakiej nie. Teraz wykonanie. Wykonaniem są wszystkie procesy związane z werbalnym wyrażaniem siebie. Mowa, rozmowa, pisanie. Wykonanie oczywiście w dużej mierze zależy od kompetencji. Mówiąc o relacji pomiędzy kompetencją a wykonaniem, musimy wziąć pod uwagę, że wykonanie niekoniecznie odzwierciedla naszą kompetencję. Wręcz przeciwnie! Kompetencja zawiera poprawne formy, zasady gramatyczne, czyli jest ona doskonałą wiedzą, ale kiedy mówimy, mimowolnie popełniamy błędy, robimy gafy, źle odmieniamy słowa. (Uwaga, cały czas mówię o tym, co się dzieje, gdy posługujemy się swoim językiem ojczystym!) Popełniamy błędy, bo jesteśmy zmęczeni, śpiący, niedbani a może nawet lekko bądź nielekko dziabnięci. Albo po prostu nie mieliśmy szansy do rozwijania umiejętności związanych z wykonaniem – tak jak Tarzan tutaj:







Czyli, wiecie już czym są kompetencja i wykonanie. Dlaczego o tym Wam, uczniom języków obcych opowiedziałam? Bo mam dwa bardzo dobre wiadomości dla Was!

Pocieszająca wiadomość nr 1 – Wbrew pozorom podczas nauki języka obcego również kształtuje się kompetencja. Wiem, przyswajanie gramatyki i wszystkich wyjątków i pierdołek gramatycznych idzie jak krew z nosa… Ale wówczas, Twoja podświadomość buduje coś niesamowitego: kompetencję. Za jej pomocą później sama będziesz w stanie rozszyfrować zasady gramatyczne. Czyli kształtuje się jakaś nieświadoma wiedza o języku docelowym. Najprostszy przykład to odmiana czasowników. Raz nauczymy się paradygmatu, czyli wzoru odmiany czasownika (np. -m, -sz, 0, -my, -cie, -ją) stosujemy go pierwszy raz: czytam, czytasz, czyta itp. i później używamy analogicznie: macham, machasz, macha itp. Dlaczego to jest dobra wiadomość? Bo gdyby nie ta kompetencja, nie moglibyśmy tworzyć zdań, których wcześniej nie słyszeliśmy, czytaliśmy lub nauczyliśmy się na pamięć. Dzięki tej kompetencji jesteśmy aktywnymi użytkownikami języka a nie tylko biernymi „mrówkojadami” zasad gramatycznych. :)

Pocieszająca wiadomość nr 2 – Na pewno zdarzyło Wam się, że popełniliście błąd gramatyczny mimo tego że wcześniej już nauczyliście się zasady dotyczącej tego błędu. Na przykład na pierwszym roku polonistyki często odmieniałam czasownik „iść” w czasie przeszłym tak: szłam – *szłem, szłaś – *szłeś. Aaaaaaaaaa... wiem... Nauczyłam się zasady na samym początku, ale mimo tego jeszcze długo stosowałam błednej formy. Popełniałam ten błąd w wykonaniu parę razy, chociaż wiedzę (jakąś prymitywną kompetencję) już miałam na tym temacie. Oczywiście, w tych momentach moja pedantryczna wewnętrzna językoznawca trochę się załamała, ale trudno. Pocieszająca w tym wszystkim jest to, że więcej umiesz niż faktycznie pokazujesz.

Słuchajcie, porada na ten tydzień mam taką: bądźcie cierpliwi wobec siebie. Podczas uczenia się języka obcego Wasza kompetencja będzie się rozwijała nieświadomie. Cel macie taki, żeby Wasze wykonanie coraz lepiej odzwierciedlało Waszą kompetencję. To wymaga czasu, wysiłku. (I pupę do nauki J) Tarzan niestety nie miał za dużo możliwości do rozwijania swoich umiejętności społecznych wśród ludzi, więc akurat między jego kompetencją a wykonaniem była przepaść. Natomiast Wy macie mnóstwo możliwości do rozwoju. Jeżeli w chwili obecnej Wy też spostrzegacie przepaść między Waszą kompetencją a wykonaniem, to zacznijcie budować most. :)

wtorek, 26 listopada 2013

Metody uczenia się języka obcego - wczoraj i dzisiaj

Językoznawstwo przynosiło różne owoce, zaczynając od dziwacznych teorii na których podstawie przeprowadzono eksperymenty przekraczające wszelkie granice moralności przez czysto teoretyczne założenia do metod uczenia języka obcego uznanych dzisiaj za ślepą uliczkę.

W XVIII wieku, gdy „językoznawstwo” i filozofia były ściśle związanymi dziedzinami, naukowcy twierdzili, że język jest wrodzoną cechą człowieka (teoria oparta na platońskiej filozofii), w związku z czym dziecko nie potrzebuje szczegółowego wyjaśnienia, żeby się nauczyło swojego języka ojczystego. Jeszcze inni myśliciele nalegali na to, że język jest darem Boga i umiejętność mowy dziecka sama się rozwija bez zewnętrznego bodźca. Można się domyśleć co robili nasi przodkowie by udowodnić swoją teorię: w celu przeprowadzania wieloletniego badania zamknęli kilkanaście sierot do jednego pomieszczenia zapewniając im minimalną ilość dziennego posiłku i obserwowali ich czy sami się nauczą swojego języka ojczystego. Oprócz tego, dorośli nie mieli żadnego kontaktu z dziećmi. Oni posunęli się w swoim eksperymencie za daleko.

W latach 70, nauczyciele rosyjskiego próbowali stosować ortodoksalną metodę w szkole. Wyobraźcie sobie swoją pierwszą lekcję rosyjskiego, na którą przybywa nauczyciel lub nauczycielka i udaje, że nie rozumie Waszego języka, mówi tylko po rosyjsku. Pokazuje różne przedmioty: stół, krzesło, podręcznik, tornister... ale nazywa je tylko po rosyjsku. A uczniom szczęka opada, bo nie czają o co chodzi. Co to jest? Ówcześni nauczyciele wychodzili z założenia, że człowiek jest w stanie przyswajać drugi język w sposób automatyczny, czyli tak samo jak przyswoiliśmy swój język ojczysty. Według tej metody, pojęcia, nazwy, wyrazy języka obcego mają zastąpić swoje odpowiedniki w języku ojczystym. Ślepa uliczka. Ten automatyczny proces przebiega tylko raz. (Oczywiście w przypadku osób dwujęzycznych obowiązują inne zasady.)

Dzisiaj śmiejemy się z tego, jak nauczyciele rosyjskiego postępowali na lekcjach w erze komunizmu, ale jeżeli myślicie, że ta teoria całkowicie wygasła, to muszę Was rozczarować... Gdyby kumpel mi opowiadał, że jeszcze istnieją tacy nauczyciele, to bym myślała, że mu odbiło. Doświadczyłam to na własnej skórze. Grupa osiemnastu 14-letnich młodych uczniów, pierwsza lekcja niemieckiego. Jest stresik, nie znamy się jeszcze, a do tego przychodzi jakaś dziwna baba... chcieliśmy tylko przeżyć to 45 minut. Okazało się, że nauczycielka jest Niemką, wymiata po węgiersku, chociaż ani jednego węgierskiego słowa nie usłyszeliśmy od niej na pierwszej lekcji. Mówiła tylko i wyłącznie po niemiecku, a myśmy siedzieli cicho, odliczając sekundy. Chrapania pająka było słychać... Na późniejszych lekcjach baba zdała sobie sprawę z tego, że musi wszystko przetłumaczyć i wyjaśniać, bo orientowała się, że (powtarzając jej święte słowa) byliśmy głupi. Rezultat? Wszyscy, powiem Wam, wszyscy z tej grupy zdaliśmy międzynarodowy egzamin językowy rok przed maturą.

Wbrew pozorom cel nie uświęca środków. Zdałam egzamin ale starałam się zapominać niemieckiego tak szybko jak tylko się dało. Rezultat? Moja znajomość niemieckiego dzisiaj kończy się na zdaniu "spricht hier jemand Englisch?".

Gdzie leży racja? W językoznawstwie stosowanym odróżnia się pojęcia "uczenia się języka" (language learning) oraz "przyswajania języka" (language acquisition). Według naukowców dziecko przyswaja swój język ojczysty, natomiast języka obcego można tylko się uczyć. Różnica między dwoma procesami polega na tym, że przyswajanie przebiega automatycznie, podczas którego dziecko nieświadomie formułuje zasady gramatyczne na podstawie ograniczonej liczby przykładów. W przypadku uczenia się języka obcego natomiast uczniowie muszą być świadomi tego, jakie zasady gramatyczne stosują. Przykładem z polskiego tutaj może być to, że jeżeli słowo kończy się na spółgłoskę, ta spółgłoska musi być bezdźwięczna. No ale czy Wasza mama powiedziała Wam coś takiego, że "kochanie, mów ładnie i stosuj tylko bezdźwięczne spółgłoski na końcu słów"? Przyswajaliście to nieświadomie. Natomiast studenci polonistyki muszą to ćwiczyć świadomie, więc nasi profesorowie wielokrotnie zwracali uwagę na tę zasadę. Także kod to kot.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Skamieliny, baobaby i inne przysmaki "eldwójki"

Istnieje zjawisko, które w angielskojęzycznych pracach językoznawstwa stosowanego nazywa się interlanguage fossilization. Zjawisko to polega na tym, że uczeń nieświadomie stosuje zasady gramatyczne swojego języka ojczystego (first language lub L1) mówiąc w języku obcym (second language lub L2). Podczas uczenia się języka obcego uczeń posługuje się tak zwanym językiem pośrodkowym (interlanguage), który funkcjonuje jako pośrednik pomiędzy jego L1 a L2. Ten język pośrodkowy charakteryzuje się błędami, które uczeń popełnia z tego powodu, że ma pewne "uprzedzenia" językowe pochodzące ze swojego L1.

Chciałabym wyjaśnić o co mi chodzi, więc podaję przykład zastosowania zasady gramatycznej z L1 w L2. Po polsku "bawimy się przedmiotem" ale "bawimy się z osobą". Ja jako Węgierka nie dostrzegam żadnej różnicy pomiędzy strukturą ze zwykłym narzędnikiem a strukturą z przyimkiem z+narzędnik. Dlaczego jest tak? Bo w węgierskim nie ma takiego odróżnienia. Rzeczownik po czasowniku "játszik" (bawić się) tak samo się odmienia bez względu na to czy rzeczownik odnosi się do przedmiotu czy osoby w rzeczywistości. Czyli zdania "játszom a labdával" (bawię się piłką) i "játszom Józsival" (bawię się z Józkiem) mają taką samą strukturę gramatyczną. (Wchodząc w głębi tego zagadnienia te dwie struktury są różne, biorąc pod uwagę, że końcówka -val ma dwie różne funkcje, ale nie chcę Was męczyć takimi drobiazgami.) Niemniej jednak, jako uczeń polskiego nie mogę lekceważyć takiej różnicy. Gdybym nie nauczyła się różnicy pomiędzy "bawić się czymś" a "z kimś", powiedziałabym, że "w dzieciństwie lubiłam bawić się chłopakami", a Wy byście myśleli, że mała Anikó zachowała się bardzo niegrzecznie wobec swoich rówieśników.

Podaję Wam lepszy, bardziej przyzwoity przykład na błąd, który najczęściej Wy Polacy popełniacie ucząc się angielskiego. Nie chcę Was obrażać, musicie rozumieć, że popełnianie błędów jest najbardziej naturalną rzeczą w procesie nauki. Często słyszałam Polaków wymawiających słowo „need” przez „ń”. Dlaczego jest to tak? Ponieważ w polskim „i” zawsze zmiękcza poprzednią spółgłoskę, w związku z czym w polskim nie ma kombinacji n+i (uwaga! mówię o wymowie, a nie ortografii) tylko n+y oraz ń+i (oczywiście, nigdy nie piszemy ńi, lecz cały czas mówię o wymowie). Ucząc się angielskiego automatycznie stosujecie zasadę „i zmiękcza poprzednią spółgłoskę” i mówicie „ńiid”. To jest Wasze – bardzo charakterystyczne – uprzedzenie językowe.

Już wiecie co znaczy interlanguage, zostało mi wyjaśnienie pojęcia fossilization. Potocznie mówiąc skamieliny językowe (language fossils) są błędami, które zostały głęboko zakorzenione. Posługując się językiem pośrodkowym uczeń stosuje zasady gramatyczne ze swojego L1 i jeżeli te błędy nie zostają poprawione, zaczyna się proces fosylizacji, czyli "skamienienie" błędnych form. Skamieliny znajdują się wszędzie! Dotyczy to wymowy, odmian czasownika, rzeczownika, struktur gramatycznych i także intonacji. Na przykład do niedawna odmieniałam słowo wpływać tak: wpływuje… dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia. Ale moja koleżanka z pracy zwróciła moją uwagę (dzięki, Ania! J), że tej formy w ogóle nie istnieje. Poza tym, na pewno znaleźliście parę powtarzających się błędów w moich postach, właśnie one mogą być przykładami "fosylizacji". Jeżeli tak, zachęcam Was do poprawienia moich niemile widzianych skamielin! :)

Skamieliny są naszym wrogiem. Ponieważ jeżeli jakieś błędne wyrażenie zostanie zakorzenione, to później bardzo ciężko się pozbędzie jego. Można je rzucać poprzez nieustanne ćwiczenia, powtórzenie poprawnego wyrażenia w różnych kontekstach. Ten proces wymaga dużo uwagi i wysiłku od ucznia.

Skamieliny stanowią pułapki na dalszych etapach nauki języka obcego. Odnosząc się do metafory z Małego Księcia, te niezauważone błędy są jak baobaby. Na początku nie stanowią poważnego zagrożenia, one są nawet niezauważalne, ale czasem mogą się rozprzestrzeniać. Im bardziej są zakorzenione, tym trudniej będzie je wyrywać. I wtedy uczeń usłyszy to: "no wiesz, mówisz w miarę dobrze, ale nie do końca po polsku". Więc: cała naprzód do wyrwania baobabów! J