czwartek, 27 listopada 2014

No dobrze, ale jak do tego się zabrać?

Czy zastanawialiście się już nad tym, czego się uczy najpierw w języku obcym? 

Ogólnie rzecz biorąc, gdy zaczynamy uczyć się języka obcego, są pewne zwroty, które chcemy koniecznie poznać. Naturalnie one są słowami powitania, podziękowania, pożegnania, może krótkie pytania typu "jak się masz?" "jak masz na imię?" "czy masz rodzeństwo?". Odnosząc się do jednego z najważniejszych sekretów Konrada, warto uczyć się całych zdań, wyrażeń, aby unikać wkuwania samych wyrwanych ze swojego kontekstu słówek. Jak to zrobić? Dowiedzcie się więcej o technikach z książki, o której ostatnio pisałam! :)

Osobiście później wyobrażam sobie najzwyklejsze sytuacje, typu: (1) jadę autobusem, chciałabym wysiąść ale ktoś stoi między drzwiami a mną; (2) robię zakupy, chciałabym zapłacić kartą; (3) chciałabym zamówić kolację. W pierwszej sytuacji warto się nauczyć zdania "Przepraszam, czy mogę przejść?" "Chciałabym wysiąść", potem pytania "czy mogę zapłacić kartą?". Te dwie pierwsze sytuacje są o tyle proste, że najprawdopodobniej dostaniemy oczekiwaną odpowiedź, czyli "Proszę" i mogę przejść, oraz "Tak/Owszem/Nie", którą na poziomie podstawowym zrozumiemy bez problemu. Trzecia sytuacja jest o tyle bardziej złożona, że wymaga porządniejsze przygotowanie. Przecież zanim zamówimy danie, trzeba przeczytać menu/jadłospis ze zrozumieniem, bo w przeciwnym przypadku w egzotycznym kraju na naszym talerzu ląduje ośmiornica. Wierzcie mi, może się wydarzyć! :)

Muszę robić tutaj jeszcze jedną małą dygresję by wspomnieć tych, którzy nie chcą specjalnie się rozwijać w danym języku, ale są zaciekawieni jego brzmieniem. Oni proszą o przykłady przekleństwa w Twoim języku ojczystym. I mimo tego, że tak naprawdę ich nie rozumieją, strasznie dobrze ich to bawi. Dlaczego? Bo to co zakazane (między innymi słowa tabu) zawsze intryguje człowieka. Jak dziecko, które pomimo wszelkich zastrzeżeń rodzicielskich podchodzi do gorącego pieca by go dotknąć po raz pierwszy. Jest to tak fascynujące, co się kryje za zakazem! Te dwie sytuacje jednak różnią się w późniejszej fazie, ponieważ, w momencie gdy dziecku się uda dotknąć piec (pomimo wszelkich przeciwnych starań od strony rodziców), natomiast oderwie rączkę bo poczuje straszny ból i nauczy się (na zasadzie warunkowania klasycznego, z własnego doświadczenia), że nie powinien powtórzyć tejże akcji. A w przypadku znajomego, którego intrygują przekleństwa w drugim języku zadaje te same pytania 100 razy… a jak to się mówi? Co to było? Jak się przeklina u was? I powtarza je aż do bólu… :)

W zależności od Waszego zainteresowania i planów co do poziomu, który pragniecie osiągnąć, możecie sobie wybrać swoją drogę. Oto moja rada: najpierw nauczcie się tego, co jest związane z Wami bezpośrednio. Z jednej strony to co jest osobiste, jest ważniejsze, dlatego zapamiętacie je szybciej. Oprócz tego nauczcie się odpowiedzieć na pytania, które chcielibyście zadać innym. Na przykład, pytanie „czy masz rodzeństwo?” można traktować jako podstawowe. Pytanie zadajemy nie dla samego pytania, ale dlatego, że jesteśmy zainteresowani odpowiedzią. Naturalnie potrzebujemy znajomości słów „młodszy/starszy brat”, „młodsza/starsza siostra” i ewentualnie „bratanek/bratanica” oraz „siostrzeniec/siostrzenica”. Gdy po raz pierwszy napotkałam te cztery ostatnie słowa, zaczarowało mnie całkowicie bogactwo leksykalne polszczyzny w zakresie nazewnictwa członków rodziny. Według hipotezy Sapir-Whorf język i kultura/rzeczywistość, czyli kontekst, w którym używają dany język są wzajemne zależne. Fakt, iż w polskim istnieją cztery nazwy do opisywania „potomka czyjegoś rodzeństwa” świadczy o tym, że w czasie powstania tego nazewnictwa w Waszej kulturze było istotne dokładnie wyrażać w jakiej relacji są pojedyncze członkowie rodziny. Świadczy też o tym, że relacje rodzinne są bardzo cenne w Waszym społeczeństwie. To mnie głęboko urzekło i też zachęciło mnie do dalszej nauki. :)

Podaję konkretny przykład. Zanim zaczęłam się uczyć języka hiszpańskiego już szykowałam się do wyjazdu na Półwysep Iberyjski. Planowałam pielgrzymkę od dłuższego czasu na Camino de Santiago. Podczas pielgrzymowania mogą wystąpić przeróżne problemy i przynajmniej na to co przewidywalne należy się przygotowywać językowo. Na przykład nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy nauczyć się tych zdań na samym początku nauki: Mi espalda tiene un contractura („Mam kontuzję w plecach”), ¿Dónde está el ayuntamiento? („Gdzie jest urząd miasta?”) oraz to co było najważniejsze ¡Buenas tardes! Soy peregrina y estoy buscando una habitación libre para la noche („Dobry wieczór, jestem pielgrzymką i szukam wolnego pokoju na noc/do przenocowania”). W przypadku, gdy nie znalazłam wolnego pokoju, musiałam prosić o pomoc w urzędzie miasta, ponieważ tam pracownicy zazwyczaj mogą coś wymyśleć. Tak się stało w mieście Mallen, gdzie spędziłam mroczną noc w Miejskim Ośrodku Sportowym dzięki pracowniczce Urzędu, która mi podała klucze do całego kompleksu. Słowa kontuzja, pielgrzymka, lub urząd miasta tak rzadko występują w podręcznikach językowych jak biały kruk w lesie. :) Jednak dobrze wiedziałam, że te wyrażenia będą mi potrzebne i musiałam je zapamiętać. Skądinąd moje życie od tego zależało. Dzięki temu pamiętam je aż do dzisiaj.

Są jednak sytuacje, na które nie możemy się przygotować. Wiedziałam, że gorące hiszpańskie słońce grozi poważnym oparzeniem skóry, dlatego wrzuciłam do plecaka mleczko do opalania z wysokim filtrem. Nie pomyślałam jednak o tym, że pomimo wielokrotnego dokładnego smarowania, hiszpańskie słońce tak mocno pocałuje moją skórę, że zabarwi się ona na kolor węgierskiej papryczki. :( Moje nogi cierpiały najbardziej, gdyż moje łydki i uda były najmocniej oparzone. Dios mio… Gdy dotarłam do miasta docelowego, powędrowałam do apteki, gdzie prosiłam o pomoc. Pokazałam zranioną skórę i powiedziałam, Me duele. Mucho. Ayuda. Por favor. („Boli mnie. Bardzo. Pomoc. Proszę.”) Przekazałam to co chciałam i mniej więcej rozumiałam ostrzeżenie aptekarza, według którego trzeba było jeszcze więcej mleczka stosować, ale krem, który mi sprzeda, pomoże mi. Bóg strzeże (jak podczas całej pielgrzymki) i dzięki opiece zaczerwienie zanikło z dnia na dzień, skóra odzyskała naturalny kolor, a dusza – spokój.

Drodzy, nauka języka obcego jest w dużej mierze indywidualnym procesem, także zanim zabierzecie się do nauki, pomyślcie sobie co pragniecie przekazać w danym języku. W taki sposób jest prawie niemożliwe stracić motywacji. :)



piątek, 7 listopada 2014

Tajemnice...

Moi drodzy, w dzisiejszym poście podzielę się kilkoma przemyśleniami o uczeniu się języków i w ramach tego, polecam Wam niesamowitą lekturę. Niedawno miałam szczęście przeczytać książkę Sekrety poliglotów Konrada Jerzaka vel Dobosza. Słyszałam o książce już długo przed jego publikacją i odliczałam dni, aż mogłam ją zamówić przez Internet. W końcu jej nie zamówiłam, ponieważ w ostatnim momencie okazało się, że wkrótce będziemy mieli możliwość poznać autora osobiście i kupić książkę „od ręki”.

Poznałam osobiście Konrada na konferencji poliglotów w Poznaniu, który prowadził również znany i utalentowany poliglota, Luca Lampariello z Włoch. Konrad miał ze sobą kilka przekładów swojego dzieła, ale naprawdę tylko kilka, więc musieliśmy być baczni i jak najszybciej „zarekwirować” przekłady dla siebie. J

Skoro interesuję się uczeniem się języków obcych, z chęcią otworzyłam książkę i już po pierwszych stronach miałam takie poczucie, że ta lektura będzie szczególnie znaczna w moim życiu. Zajęło mi dosłownie kilka godzin, żeby przeczytać ją do końca i chociaż wcześniej myślałam, że mam mniej więcej dobrze opracowany system uczenia się języka obcego, dzięki Konradowi i sekretom opisanym przez niego doszłam do wniosku, że „hej, ja te błędy popełniam!”

Kiedyś chodziłam na lekcje muzyczne, ponieważ grałam na fortepianie. Pamiętam, jak moja nauczycielka powtarzała, że to co się liczy na koncercie to pierwszy i ostatni akord. Jeżeli potrafisz je ładnie zagrać, robisz dobre pierwsze wrażenia oraz zostawisz przyjemny „odgłos” lub „ślad” w uszach swojej publiczności. Zdając sobie sprawę z tego, że nie wystarczy jednak trafić na pierwszy i ostatni akord, ale ważne jest również to co się znajduje pomiędzy, muszę powiedzieć, że układ tejże książki właśnie zrobiła takie wrażenia i zostawiała takie ślady, które są długotrwałe.

Konrad nie tylko uczy w swoim dziele ale uczy OPOWIADAJĄC. Drodzy, opowiadania, stworzenia historii lub wykorzystanie znanych już historii do wyjaśnienia teorii jest genialnym sposobem na utrwalenia wiedzy. Jest to jeden z wielu sekretów, którym się dzieli z nami autor i za który bardzo dziękuję w imieniu wszelkich poliglotów oraz osób chętnych uczenia języków lecz walczących z trudnościami. J

Możecie również przeczytać pierwszą recenzję książki tutaj.


Zachęcam Was do lektury i do zobaczenia! J


czwartek, 23 października 2014

Witam ponownie - o formach powitania

Tak dawno nie pisałam żadnego wpisu do mego bloga, że aż wstyd. Wiele się wydarzyło w moim skromnym życiu od udzielenia ostatniego tekstu, między innymi skończyłam pierwszy rok na psychologii i znalazłam miłość mojego życia. Ale o tym wszystkim później napiszę. :)

Ostatnio zastanawiałam się nad różnymi zwrotami powitania i pożegnania w języku polskim. Zachwyca mnie to, ile macie możliwości jeżeli chodzi o powitanie, którego formy różnią się pod względem formalności i rejestru, którego używacie. Ponownie przekonałam się, że polski jest niezmiernie bogatym językiem.

"Szanowny Panie", "Szanowna Pani", "Szanowni Państwo" jest o wiele piękniejszy niż angielski "Dear Sir/Madam" itp. Natomiast "Witam", "Witaj", "Witajcie", "Witam(y) serdecznie" są już bardziej kontrowersyjne. Nie lubię "Witam", ponieważ z jednej strony zwraca uwagę na mówcę a nie na powitaną osobę, a z drugiej strony widziałam w wielu takich kontekstach, w których tak naprawdę osoba witająca nie była raczej zdecydowana, czy powinna używać formy grzecznościowej czy nieformalnej. Więc świadomie lub nieświadomie wykorzystuje formy "bezpiecznej gry" (play safe). Trochę dziwna forma, co Wy o tym myślicie?

"Cześć" podoba mi się najbardziej, może dlatego, że to słowo było pierwsze, którego się nauczyłam i natomiast mnie poinformowano, że jest ono etymologicznie pośrednio powiązane z węgierskim słowem "tisztelet", które znaczy szacunek, czyli cześć. Mówiąc "Cześć" gdy powitamy kogoś, jednocześnie wyrażamy szacunek w stosunku do tejże osoby. Pięknie!

Oprócz tych wymienionych powyżej, jest szereg innych form, które mnie bawią za każdym razem, jak ich usłyszę: "siema", "siemano", "siemanko", "hej", a nawet "siemahej", "doberek" (zamiast "dzień dobry"), "piątka" itd.

Powitanie, które mnie najbardziej zdziwiło to było "Czołem" - słyszałam go tylko od starszych panów, chociaż bywają młodsi mężczyźni, którzy tak wolą powitać kobiety. Oni zazwyczaj także pocałują rękę - a moje serce aż stopnieje. :) Według mojego pierwszego profesora języka polskiego na uniwersytecie w Budapeszcie, opowiadał o etymologii tego słowa. Głęboki ukłon z dodatkiem dotknięcia czołem ziemi lub podłogi był najgrzeczniejszą formą powitania, które wyraziło bezwzględne podporządkowanie się powitanej w taki sposób osobie. Mój profesor opowiadał także, że początkowo sługi powitały szlacheckich takim ukłonem. Upływem czasu jednak cały rytuał skrócił się do słowa "czołem" i później (w sprzeczności z jej oryginalną funkcją) zaczęły go używać osoby równe ze względu na ich status społeczny.

W języku polskim powitania sugerujące "Bożą interwencję" są charakterystyczne dla duchownych, pastorów, księży itp., takie jak "Wszelki duch Pana Boga chwali!", "Szczęść Boże" lub "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Ale żeby Wy, Polacy też zobaczyli coś nowego z naszego kolorowego świata, podzielę z Wami ciekawostką z języka mojego serca, czyli węgierskiego. Mamy powitanie "Isten hozott", który dosłownie znaczy "Bóg Cię/Was zaprowadził tutaj". Ma ono funkcję podobną do polskiego "Witamy", czyli znajduje się na przykład pod tablicą miejscowości. Czy to nie jest piękne? Z kolei w języku irlandzkim funkcję powitania spełnia zwrot "Dia dhuit" na które za każdym razem odpowiemy "Dia is Muire dhuit". Pierwsze znaczy "Niech Ci Pan Bóg błogosławi" a drugie "Niech Ci Pan Bóg i Maryja błogosławią". Czy to nie jest przepiękne? :)

Pożegnania... nie raz padłam ze śmiechu, po prostu macie niesamowitą kreatywność językową... Ponieważ oprócz "do widzenia", "do zobaczenia" "do zobaczyska" lub po prostu "do zo" mówicie "na razie" i wszystkie jego odmiany: "nara", "narka", "nara pa" i które wygrało nagrodę: "narahejpa". Też fajne są takie zwroty jak, "To ja spadam", "Trzymaj się". A znowu mała kontrowersja: "z Bogiem". Ze względu na przesłanie, jest to piękne pożegnanie, natomiast nie jeden raz słyszałam już z taką odrzucającą intonacją, która sugerowała, że chyba ta osoba już nie chce zobaczyć drugiego nigdy więcej w życiu. Byłam zakłopotana, ponieważ dla mnie to jest nieco kontrowersyjne. Czy mieliście podobne wrażenia? Czy może źle interpretowałam?

Mogłabym jeszcze wiele innych rzeczy pisać o zwyczajach powitania i żegnania w różnych językach, także kulturach, jak się wita lub żegna niewerbalnie. Ale nie chcę Was nudzić, więc "to ja spadam" a "Wy trzymajcie się cieplutko". :)








czwartek, 24 kwietnia 2014

Siemaneczko!

Moje ulubione słowo w języku polskim to ‘się’. Wszechstronny, wielofunkcyjny, kolorowy i bardzo istotny cząsteczek języka, a więc jeżeli go omijamy, mamy przyjąć na klatę wszelkie konsekwencje swojego błędu. Jeżeli uczysz się języka polskiego, a w Twoim języku ojczystym nie ma zaimka zwrotnego podobnego do polskiego ‘się’, jest to dla Ciebie mit. Dla mnie to jest po prostu nie do ogarnięcia. Tak, mogę porównywać jego funkcję do funkcji czasowników ‘ikowych’ w języku węgierskim (gdzie końcówka –ik oznacza, że czynność jest skierowana na podmiot, nota bene Węgrzy notorycznie robią błędy odmieniając te czasowniki), inną funkcję do strony biernej w języku angielskim, ale NIGDY nie będę w stanie używać go na wyczucie. Nawet jak jestem pełni świadoma tejże funkcji, popełniam błędy typu „wolę teraz nic nie mówić i ugryźć w język”. Ugryźć SIĘ…

No bo człowiek nauczy się, że jest zasadnicza różnica pomiędzy uczyć a uczyć się, myć a myć się, załatwić a załatwić się, ale obcokrajowiec często popełnia błędy, po których native speaker wybuchnie śmiechem. Chyba już pisałam o tym, jak ostatnio piłam kolę w pracy i w związku z tym, że stosunkowo rzadko konsumuję napoje gazowane, zrobiło mi się źle. Chciałam powiedzieć koleżance, że odbiło mi się, a powiedziałam „odbiło mi”. E, tam. Przecież wszyscy wiedzą, że jestem nieco stuknięta.

Jadąc do Gniezna rozmawiałam z moja przyjaciółką Asią (cześć, Asiu, pozdrawiam Cię z bloga!) i chciałam jej powiedzieć, że bardzo wolno jedziemy. „Nie wiem, o której będę w Poznaniu, bo mamy 10 minut opóźnienia. I tak będę miała 20 minut na przesiadkę, ale w tej chwili jedziemy prędkością mrówki.” Chwila ciszy. „Co???” „No ten. Prędkością ślimaka. Nie, ŻÓŁWIA! Wiesz, jakieś zwierzę.”

To samo z przyimkami… na czym czy na co, o czym czy o co… Bóg wie, kiedy który, wybierz se, jeden z nich jest poprawny na pewno… J

Mam nadzieję, że to nie świadczy o zlekceważeniu moich błędów. Wręcz przeciwnie, pragnę polepszyć swój polski, czasami po prostu jest męcząca ta świadomość, że szklana ściana jest tak strasznie oporna. 

Jestem miłośnikiem dobrych i tanich słowników, zwłaszcza tych, które się kupuje na dworcu albo w sklepie z prostym przesłaniem „tanie książki”. To przyjaciel studenta. Niedawno w takiej kopalni złota znalazłam słownik wyrazów bliskoznacznych i byłam niezmiernie dumna ze swojego dobytku. Elokwentna studentka psychologii (no tak, jestem studentką psychologii od października, właśnie dlatego miałam względnie mało czasu na pisanie) ucieszyła się, że w końcu dowie się jaka jest różnica między rozgoryczeniem a zgorzkniałością. Drugi dzień poszłam do pracy, pochwaliłam się swoją książką, na co mój kolega zadał pytanie: „Hm. A już wiesz jaka jest różnica między łajnem a gnojem?” Dziękuję za wsparcie językowe, chłopaki! J

Ku czemu dążę z tymi moimi pokręconymi przemyśleniami? Ku temu, że błędy służą do czegoś. Zaprzyjaźnij się z faktem, że popełniasz błędy, a więc jeżeli je popełniasz, naucz się wyciągać z nich coś pożytecznego. 

środa, 12 lutego 2014

Ach, te czasowniki...

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek jakie Wasz język stanowi pułapki dla uczniów? Wymieniam parę z nich, żebyście rozumieli o co mi chodzi. Nie dawno pisałam o skamielinach, czyli o zakorzenionych, uparcie powtarzających się błędach, natomiast w dzisiejszym wpisie będziecie czytali o tak zwanych jednorazowych błędach.

Niedawno piłam napój gazowany w biurze i dostałam czkawkę. Koleżanka zapytała, co się dzieje i miałam powiedzieć że odbiło mi się. Ale zamiast tego co powiedziałam? „Odbiło mi.”
"Możecie naprawić moje błędy..." odparłam raz w towarzystwie, na co kolega powiedział, że "naprawiać Ciebie nie będę, bo rowerem nie jesteś". Spoko! :)

Uff, chyba najgorszą sytuacją z tych wszystkich była ta, w której nauczyłam się na całe życie jaka jest różnica pomiędzy uspokoić a zaspokoić. Kolega był wkurzony i chciałam mu pomóc… miałam powiedzieć, „muszę Cie jakoś uspokoić”, ale stosowałam to drugie słowo… No ale, zaleta takich błędów jest taka, że jeżeli są trafne, to od razu rozwiązują sytuację bez dalszego starania się. Kolega natychmiast zapomniał dlaczego był wkurzony.
„Polski trudna język”, ale są błędy, które wystarczy raz popełnić. Same słowo „ruch” jest bogatym źródłem niebezpieczeństwa dla obcokrajowca. No bo przecież nie jest to logiczne, że czasownik od „ruch” to ruchać? Dla mnie to było jak najbarzidej logiczne. Ale tylko raz, przysięgam, tylko raz. J

W nauce języków obcych piękno tkwi zazwyczaj tam, gdzie trudność. W momencie gdy zrozumiesz różnicę pomiędzy słowami popieścić a popieprzyć, otwierają się drzwi na zupełnie nowy świat u Twoich stóp. Wyobraźcie sobie piękne czwartkowe letnie popołudnie na komunii, gdzie wolontariusze szykują się na przyjęcie ponad 50 dzieci. Wiatr lekko wieje, grupa 20 podekscytowanych młodych ludzi siedzi pod drzewem i dyskutuje. Ekipa organizuje jazdę konną dla dzieci i okazuje się, że prowadzący programu umieją tylko po węgiersku, więc będziemy musieli tłumaczyć na polski. Zaczynamy symulować sytuację, w której „dziecko” z Polski (jeden z wolontariuszy) boi się konia. Wolontariusz z Węgier proponuje podejść do konia i pogłaskać go. Na co tłumacz węgiersko-polski mówi: „proponuję podejść do konia i popieścić go”. Grupa rozpadła na dwie minuty, nie potrafiła się pozbierać, śmialiśmy się… To znaczy, tak, ja też śmiałam się, bo nauczyłam się śmiać ze swoich błędów…

środa, 11 grudnia 2013

Życie za granicą – pomieszany zestaw obiadowy (1)

W dzisiejszej notce odkładamy zagadnienie przyswajania języka docelowego i skupiamy się na aspekcie emocjonalnym życia za granicą. Temat ten zawsze mnie ciekawiło, ale ostatecznie do pisania zachęcała mnie niesamowita 3-godzinna rozmowa z moją przyjaciółką, Asią. (Asia, dziękuję za motywację i bezcenne uwagi! :)) W tym tygodniu omawiam tylko pierwsze dwa etapy życia ekspatrianta: euforia i oporność. Za tydzień ukaże się druga część.

Euforia. Każde z nas (nawet ci, którzy nie mieszkali nigdy poza swoim krajem dłużej niż dwa tygodnie) zna tę fazę. Inaczej nazywamy to zjawisko „efektem turysty”. To jest faza samych pozytywnych wrażeń, fali nowych informacji i otwartego umysłu obcokrajowca. Jesteś zachwycony po prostu wszystkimi zjawiskami znanymi i nieznanymi. Wydaje Ci się, że w Twoim nowym kraju wszystko idzie lepiej niż w domu. Czujesz się lekko. Przez jakiś czas faktycznie zachowujesz się jak turysta odkrywając z wielką chęcią każdy kąt Twojej nowej siedziby.

W fazie euforii nie ma żadnej recepty na przeżycie, ponieważ życie smakuje dobrze. Chmury są z bitej śmietany, promienia słońca to lukier, ludzie to malinki, truskaweczki i rodzynki. Rozumiesz: masz słodkie życie i to jest właśnie smak pierwszej fazy. Wyśmienity deser.

Oporność. Jak każda wycieczka turystyczna, etap euforii w życiu ekspatrianta musi się skończyć. I to się stanie zaskakująco szybko! Mijają dwa tygodnie i znajdziesz się na progu nowej fazy.

Wyobraź sobie, że zamówisz swoje ulubione drugie danie w restauracji, ale ktoś w kuchni go zepsuł i zamiast Twojej ulubionej przepysznej potrawy dostaniesz coś o smaku skarpetek. W moim przypadku to danie może być camembert panierowany z dżemem jagodowym i sosem. (Wiecie, to jest to tradycyjne szwedzkie danie – prosto z IKEA.) Mój camembert jest przeterminowany, kucharz nie umie przygotować zwykłego panieru, dżem nie ma smaku, o sosie szkoda gadać. Co mam zrobić? Wzywam szefa kuchni i proponuje mu skonsultować z Panią Magdą Gessler. Bo coś nie halo…

A co masz zrobić w życiu, gdy dojdziesz do wniosku, że nie tak sobie wyobrażałeś/aś życia za granicą? Przyjechałeś/aś w poszukiwaniu swojego szczęścia ale jesteś nieszczęśliwy/a. „Czy robię coś źle? Jeżeli tak, to co robię źle? I tak w ogóle... dlaczego przyjechałem/am?"

W tej fazie ciężko się uczy, ciężko się pracuje. Oprócz tego, ta faza charakteryzuje się upadkiem emocjonalnym. Nasz mózg jest po prostu odporny na nowe informacje. Drogi ekspatriancie: witaj w codziennej rzeczywistości – która wbrew pozorom istnieje nawet w tym kraju, który kiedyś był krainą mlekiem i miodem płynącą. Tak było przynajmniej w Twoich marzeniach. Nie ma mleka. Nie ma miodu. Jesteś Ty. Przed Tobą pozornie niepokonalne przeszkody.

Pojawiające się przeszkody wywołują frustrację, nawet mogą doprowadzić do przygnębienia, desperacji, depresji. Pojawia się również szok kulturowy, czyli krótko mówiąc, wszystko co wcześniej było wspaniałe i zaskakujące staje się teraz okrutnym, brzydkim i przerażającym. Dlaczego jest tak? Ponieważ zjawiska do których przyzwyczaiłeś/aś się w swoim kraju zawsze wydawały się najbardziej naturalnym, ale tutaj, w nowym kraju musisz je przebadać i zadać sobie pytanie, czy Twój sposób lub Twoje zwyczaje są właściwe.

Podaję Wam swój przykład. Gdy przeprowadziłam się na Śląsk, wszystko mi się spodobało, bo było „takie inne”. W życiu nie widziałam tylu kopalni, tak uprzemysłowionego terenu, który jednak ma tak bogatą historię. Zachwyciło mnie ta podwójność. Po dwóch tygodniach pobytu na Śląsku natomiast zaczęłam inaczej spostrzegać swoje otoczenie. Są kopalnie, spoko, ale jest i węgiel i wszystkie budynki są czarne, szare od tego węgla. Znajomi Ślązacy (lub mieszkające na Śląsku) mówili, że złapałam tak zwany smutek węgla. Wieczorami wychodziłam biegać ale w pewnym momencie nie mogłam oddychać. „To wszystko przez ten węgiel i głupie fabryki… powietrze jest strasznie zanieczyszczone. Uduszę się.”

W tej fazie wielu ekspatriantów postanowi wrócić do swojego kraju. Ja też chciałam wrócić, nawet zwolniłam się z pracy – ale w końcu to zwolnienie nie realizowało się w dużej mierze dzięki mojej szefowej. W każdym razie, taka ucieczka jest kusząca i wydaje nam się prostym rozwiązaniem, ale prawda jest taka, że powróciwszy do domu sytuacja się pogorszy. Po takiej ucieczce człowiek wpadnie z deszczu pod rynnę, bo skoro nie poradził sobie w nowej sytuacji, lecz uciekał, jest sfrustrowany. Ostatecznie nie znajduję swojego spokoju nawet w domu.

Co mogę poradzić? Najważniejsze jest uświadomienie sobie, że jesteś normalnym człowiekiem, mimo tego, że pod wieloma względami różnisz się od osób w Twoim otoczeniu. Istotne jest również uświadomienie tego, że wszystko co wewnętrznie przeżywasz i sposób jak przeżywasz swoje problemy jest NORMALNE. Chcesz się popłakać? To zrób. Chcesz krzyczeć? To zrób. Chcesz się położyć na podłogę i pomierzyć jak długo wytrzymasz bez oddechu? To zrób. Na szczęście Twój organizm jest na tyle automatyzowany i inteligentny, że zaczniesz oddychać od nowa zanim zrobisz sobie krzywdę. Bardziej poważnie mówiąc, na tym etapie dużo pomaga kontakt (najlepiej osobisty) z innymi ekspatriantami, które przeżyją albo kiedyś przeżyli podobne sytuacje. Rozmowa o problemach jest pierwszym krokiem do ich rozwiązania

Co do upadku emocjonalnego, w fazie oporności czułam się niezrozumiała. W tym etapie czasami miałam przeczucie, że jeżeli usłyszę jeszcze jednego polskiego słowa, to zwariuję. Chcę węgierski. Chcę, żeby inni mnie zrozumieli. Uwielbiam długie, głębokie rozmowy na temat religii, filozofii, sztuki i innych dziedzin, ale jeżeli brakuje mi słownictwa do omówienia tych tematów, to nie mogę uczestniczyć w rozmowach towarzyskich. Dla mnie to było największy szok i najcięższe wyzwanie. Przeżyć to, że nie mogę wyrażać siebie. Osobiście znalazłam ulgę w pisaniu i teraz potrafię pisać do nieskończoności. Może już wiecie, że same prowadzenie bloga jest terapią dla mnie. W swój sposób, rekompensacja za ten okrutny etap.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Czego nas uczy Tarzan o językoznawstwie?

Niedawno miałam przyjemną rozmowę z koleżanką o nauce języków obcych. Koleżanka jest z Polski ale mieszka za granicą, w związku z czym posługuje się jedynie angielskim. Rozmawiałyśmy o kompetencji i wykonaniu, ona dała mi pomysł na rozważanie problemu rozbieżności między nimi. (Dzięki, Monika! :) ) Później na uczelni poznałam drugą koleżankę, która zwróciła moją uwagę na ważny fakt, który na pewno pociesza uczniów języka obcego. Ten fakt jest również związany z pojęciami kompetencja i wykonanie. (Dzięki, Mooniak! :) )

Zaraz wyjaśnię czym dokładnie są wykonanie i kompetencja, ale najpierw pozwólcie mi robić małą dygresję. Jeden z moich kolegów często śmieje się z mojego entuzjazmu. Gdy rozmawiamy o językoznawstwie a szczególnie o prof. Noamie Chomsky’m, moje serce bije szybciej, ręce się pocą i zaczynam mówić w wyższym tonie. Ogólnie dostanę „biegunkę ust”. Kiedyś znajomy zaprosił mnie na piwko i zaczęliśmy rozmawiać o składnii (kawałek mojego serca jest syntaktą) i okazało się, że nie zna gramatyki generatywnej opracowanej przez Pana Chomsky’ego. Na co zaczęłam tłumaczyć… i tłumaczyłam… i tłumaczyłam. Machałam ręką w prawo i lewo, aż po kilku minutach wylałam końcówkę swojego piwa na stół i zaczęłam rysować drzewa syntaktyczne w rozprzestrzeniające się na stole drogie piwo… Niech se leje, ja rysuję. Lubię gramatykę. :)

W ramach gramatyki generatywnej Noam Chomsky wprowadził dwa nowe pojęcia w dziedzinę językoznawstwa: kompetencja (competence) oraz wykonanie (performance). Kompetencja oznacza wiedzę, którą native speaker dysponuje o gramatyce swojego języka ojczystego. Kompetencja jest w pewnym sensie nieświadomą wiedzą o ile native speaker nie jest w stanie wyjaśnić dlaczego stosuje się dana zasada w jego języku. Potocznie mówiąc, native speaker „instynktownie” poczuje jeżeli jakieś wyrażenie jest niepoprawne. Tym instynktownym poczuciem kieruje kompetencja. Właśnie ta pierwotna wiedza, która kształtuje się w naszym umyśle podczas przyswajania języka ojczystego, pozwala nam decydować jaką strukturę gramatyczną trzeba stosować i jakiej nie. Teraz wykonanie. Wykonaniem są wszystkie procesy związane z werbalnym wyrażaniem siebie. Mowa, rozmowa, pisanie. Wykonanie oczywiście w dużej mierze zależy od kompetencji. Mówiąc o relacji pomiędzy kompetencją a wykonaniem, musimy wziąć pod uwagę, że wykonanie niekoniecznie odzwierciedla naszą kompetencję. Wręcz przeciwnie! Kompetencja zawiera poprawne formy, zasady gramatyczne, czyli jest ona doskonałą wiedzą, ale kiedy mówimy, mimowolnie popełniamy błędy, robimy gafy, źle odmieniamy słowa. (Uwaga, cały czas mówię o tym, co się dzieje, gdy posługujemy się swoim językiem ojczystym!) Popełniamy błędy, bo jesteśmy zmęczeni, śpiący, niedbani a może nawet lekko bądź nielekko dziabnięci. Albo po prostu nie mieliśmy szansy do rozwijania umiejętności związanych z wykonaniem – tak jak Tarzan tutaj:







Czyli, wiecie już czym są kompetencja i wykonanie. Dlaczego o tym Wam, uczniom języków obcych opowiedziałam? Bo mam dwa bardzo dobre wiadomości dla Was!

Pocieszająca wiadomość nr 1 – Wbrew pozorom podczas nauki języka obcego również kształtuje się kompetencja. Wiem, przyswajanie gramatyki i wszystkich wyjątków i pierdołek gramatycznych idzie jak krew z nosa… Ale wówczas, Twoja podświadomość buduje coś niesamowitego: kompetencję. Za jej pomocą później sama będziesz w stanie rozszyfrować zasady gramatyczne. Czyli kształtuje się jakaś nieświadoma wiedza o języku docelowym. Najprostszy przykład to odmiana czasowników. Raz nauczymy się paradygmatu, czyli wzoru odmiany czasownika (np. -m, -sz, 0, -my, -cie, -ją) stosujemy go pierwszy raz: czytam, czytasz, czyta itp. i później używamy analogicznie: macham, machasz, macha itp. Dlaczego to jest dobra wiadomość? Bo gdyby nie ta kompetencja, nie moglibyśmy tworzyć zdań, których wcześniej nie słyszeliśmy, czytaliśmy lub nauczyliśmy się na pamięć. Dzięki tej kompetencji jesteśmy aktywnymi użytkownikami języka a nie tylko biernymi „mrówkojadami” zasad gramatycznych. :)

Pocieszająca wiadomość nr 2 – Na pewno zdarzyło Wam się, że popełniliście błąd gramatyczny mimo tego że wcześniej już nauczyliście się zasady dotyczącej tego błędu. Na przykład na pierwszym roku polonistyki często odmieniałam czasownik „iść” w czasie przeszłym tak: szłam – *szłem, szłaś – *szłeś. Aaaaaaaaaa... wiem... Nauczyłam się zasady na samym początku, ale mimo tego jeszcze długo stosowałam błednej formy. Popełniałam ten błąd w wykonaniu parę razy, chociaż wiedzę (jakąś prymitywną kompetencję) już miałam na tym temacie. Oczywiście, w tych momentach moja pedantryczna wewnętrzna językoznawca trochę się załamała, ale trudno. Pocieszająca w tym wszystkim jest to, że więcej umiesz niż faktycznie pokazujesz.

Słuchajcie, porada na ten tydzień mam taką: bądźcie cierpliwi wobec siebie. Podczas uczenia się języka obcego Wasza kompetencja będzie się rozwijała nieświadomie. Cel macie taki, żeby Wasze wykonanie coraz lepiej odzwierciedlało Waszą kompetencję. To wymaga czasu, wysiłku. (I pupę do nauki J) Tarzan niestety nie miał za dużo możliwości do rozwijania swoich umiejętności społecznych wśród ludzi, więc akurat między jego kompetencją a wykonaniem była przepaść. Natomiast Wy macie mnóstwo możliwości do rozwoju. Jeżeli w chwili obecnej Wy też spostrzegacie przepaść między Waszą kompetencją a wykonaniem, to zacznijcie budować most. :)